LIST CZYTELNIKA: Wyciągnięta dłoń. Nie tylko od Święta…

Pisz czachaOkres świąteczny sprzyja refleksji, co widzę po zawartości skrzynki mailowej. Macie w końcu czas usiąść i napisać, cieszę się, że wybieracie ten adres. Piszą ludzie różni, jedni niczym wprawieni pismacy, a drudzy widać, że napisali właśnie pierwszy tekst w życiu, a poprawianie po nich nie ma końca :-). Najlepsze jest to, że dzielicie się swoimi przemyśleniami, udowadniacie, że zależy Wam na tych wszystkich rzeczach, o których piszemy i to dodaje mocy! Namawiam Was ponownie do pisania tekstów dla „DL”, najlepiej jak podeślecie je ogarnięte stylistycznie, po jakiejś korekcie. A teraz tekst Simona, którego widocznie zainspirowała polecana tu płyta :-). Tekst od serca, czuć tu codzienne walki, które toczą się między blokami. „Ludzie żyją z miecha na miecha. Czekaj. Krecha. Mefedron wjechał”… [1].

Ł.

00:53 w nocy.

Słuchawki na uszach. Sokół wchodzi w refren… „Każdy dzień jest idealny by odrzucić…” [2]. Chcę się podzielić moją historią. W którym tak naprawdę momencie człowiek zdaje sobie sprawę, że należy „nauczyć się tego, co naprawdę chcemy umieć…”?

Odbijając od ziomeczków spod ławki, dla których liczy się tania najebka i wciągnięcie w klatce na brudnym parapecie (coraz to nowszych specyfików), zdałem sobie sprawę ile więcej w życiu jesteś w stanie dać dla siebie, dla twego ciała stanu umysłu. Bo przecież teraz przy wypłacie nie przepierdolę 40 zł na temat do nosa, tylko kupię sobie płytę, która da mi odlot w tekście, bicie, riffie, zawartym w utworze. Może jednak do rzeczy…

Najwyższy czas!

Odbić nigdy nie jest łatwo – nawet jeśli spotkasz kobietę, dla której będziesz miał większą ochotę poświęcać czas, zamiast przesiadywania z ziomeczkami na ławce i rozkminiania o tym, kto prowadzi w tabeli chlania i ćpania…

Do dziś spotykam znajomego, który po codziennym wyjaraniu przysłowiowej trójki grudy rzuca przywitanie „cześć kolego, poszukaj mi żony”… Dojeżdżając 300 km do kobiety (jej studia, jej wybór) uświadomiłem sobie, że mimo ścisku, zimna w pociągach PKP, chcę przy niej być i spędzać właśnie ten czas z nią. To będzie moja odskocznia od problemów z wysłuchiwaniem „poszukaj mi żony”.

Tak, przyszedł 6,9,13 weekend… człowiek nie myślał o kumplach spod ławki, do tego doszedł czas spędzany w domowym zaciszu, wyciskanie siódmych potów przy hantlach, sztangach…

Chcę pomóc! Jednak czy warto?

Gdy nagle postanowiłem odwiedzić tę właśnie ławkę licząc na to, że coś się zmieniło okazało się, że jeden przystopował, bo zbyt duża liczba wizyt w szpitalach w miesiącu dała mu do myślenia. Za to drugi bardziej wkręcił się w to gówno. Chciałem pomóc, wyciągałem pomocną dłoń choćby do jednej osoby z tego właśnie grona (nawet udało mi się namówić trzeciego na wizytę w muzeum, gdzie swoje spotkanie miał jeden z niemieckich pisarzy, którego sobie bardzo cenię). Wszystko było ok., w porządku, nawet poszliśmy pobiegać na następny dzień…

„Zajebiście się tak biega. Czuję, że wszystko ze mnie wychodzi. Jutro też idziemy”? Te słowa właśnie wypowiedział koleżka, który wkręcił się w wieczorne bieganie po lesie jak i powrót na siłkę. Ucieszyło mnie to, że chociaż z pięciu jeden odnalazł w sobie siłę i chęci by rzucić to cholerstwo i powrócić na front. „Jutrzejsze bieganie niestety odpada, na weekend wybieram się do kobiety, ale w poniedziałek chętnie, więc jak coś to się zgadamy, będę dzwonił”! Sobota… Chyba nic nie muszę dodawać abyście zrozumieli, gdzie chłopak wylądował, gdy pękł w sobotni wieczór i wyszedł na miasto. Poleciał… Szfunks, alko… Tyle.

Spróbujmy jeszcze raz…

W rozmowie coś w nim pękło stwierdził, że silniejsze jest to od niego. Te weekendowe wyjście i, że musi to zrobić, bo wpadł w jakąś pierdoloną rutynę, z której nie umie się wydostać (od red. – wg mnie to raczej niepopularne na ulicy słowo „uzależnienie”). Ja z mojej strony zrobiłem wszystko, co mogłem. Chciałem namówić na aktywizm (choćby nawet na wyjazd na Marsz Niepodległości gdzie od razu skwitował, że… bez piątki ćpania nie jedzie, więc odpuściłem) jak i na sport. Chciałem, starałem się by chociaż ta jedna osoba z „szanownego grona” wyrwała się z tego bagna.

Koniec i początek.

Koniec dotyczy tego, że i mi z upływem czasu było coraz trudniej dojeżdżać te 300 km do kobiety, z którą nie powiem, ale spędziłem bardzo miło czas. Coś się kończy, coś zaczyna. Inny poszedłby pewnie w tango, by móc przy pomocy alkoholu zapomnieć ten mile spędzony czas. Ja walcząc z nałogami dołożyłem kilka kilogramów więcej do sztangi i chcę by tak pozostało.

Leżąc i rozmyślając o tych chwilach mogę dumnie powiedzieć, że nie żałuję tego czasu. Poznałem naprawdę wartościową kobietę, lecz ta cholerna odległość nie była mi jak i jej łatwa, więc coś się kończy. Chciałem pomóc tak sam od siebie, chociaż jednemu starałem się jak mogłem i jeszcze do tego wrócę – coś się zaczyna na nowo.

Apel.

Drogi czytelniku – jest to moja prawdziwa historia. Nawet, jeśli tobie się udało wyrwać z tego bagna wiedz, że twoi znajomi wciąż tam siedzą na ławce i z pewnością ta chociaż jedna osoba ma w sobie tyle siły by pójść drogą, dzięki której posmakuję prawdziwego życia. Tego jakie daje m.in. ukochana kobieta, z którą będzie chciał dzielić się każdą myślą, czasem. Zachęcaj do sportu wśród znajomych, bo przecież rozmowy na każdy temat o zdrowym umyśle są o wiele piękniejsze!

simsonlw

[1]:

[2]: