22.01.14 My…Słowianie! Część 4. Bośnia!

-Doszliśmy do momentu, gdzie próba analizy zjawisk kultury ulicznej, przez pryzmat „słowiańskości” staje się wyzwaniem. To bowiem, najbardziej multi-kulturowa „jednostka” na terytorium byłej Jugosławii, do której poczuwają się w równym stopniu Serbowie, jak i Chorwaci, choć zamieszkiwana jest w dużej mierze przez… muzułmanów, stanowiących trzon osadniczy w tamtym rejonie. Bośnia to paradoksy. Serbski pisarz, Ivo Andrić, akcję epopei narodowej, zatytułowanej „Na Drini cuprija” („Most na Drinie”), obsadził w Visegradzie, na terytorium dzisiejszej Bośni. Ów most to symbol podziału między światem zachodu, a światem orientu. Z kolei, wspomniany w tekście na temat Chorwacji, Marko Perkovic, w kultowej pieśni, śpiewanej przez Chorwackich kibiców zawsze przed meczami kadry, zatytułowanej „Lijepa li si”, wymieniając w refrenie wszystkie regiony kraju, i ich, niewątpliwe, atuty (Dalmacja, Slavonia), z największym pietyzmem akcentuje frazę „Herceg Bosno – Srce Ponosno…” („Herceg – Bośnia – Dumne Serce”), a w klipie, składa kwiaty na grobie Mate Bobana – przywódcy bośniackich Chorwatów w czasie wojny domowej, prezydenta samozwańczej Chorwackiej Republiki Herceg – Bośni

Odwołując się natomiast do znanych w Europie derbów, rozgrywanych w Sarajewie pomiędzy FK, a Zeleznicarem, zastanowiła mnie kwestia nazewnictwa, kiedy to jedząc niegdyś obiad w bośniackiej restauracji, zauważyłem szale obu drużyn wiszące na ścianie jako ekspozycja. Zauważcie, że FK Sarajevo to „Fudbalski Klub” (serbskie nazewnictwo), z kolei Zeljeżnicar to „Nogometni Klub” (nazewnictwo chorwackie). Nie znam dobrze tej historii, jak również nie znam korzeni takiego nazewnictwa, więc nie chcę wchodzić w to głębiej, ale wówczas, odpowiedziałem sobie sam na pytanie, wokół jakiej osi przebiegają często tamtejsze podziały…

„…Większe niż bomby, które rozjebały Bośnię…”, „…tak naprawdę przejebane, to mają w Jugosławii…” – znacie? Konflikt bałkański odcisnął ślad nawet w polskim rapie, który wówczas był w okresie intensywnego rozwoju. Ostatnio, w rozmowie ze znajomymi na temat lat 90tych, postanowiliśmy zrobić małą „burzę mózgów” i przeprowadzić próbę hasłowego podsumowania tych przemyśleń. Bez ograniczeń i zawężeń do konkretnych płaszczyzn. Jakie hasła padały najczęściej? MTV, Rufflesy, Cartoon Network, Gheorghe Haghi, Ajax Amsterdam, Michael Jordan… Srebrenica…

Co do tego, że był to konflikt straszny i okrutny – nikt nie ma wątpliwości. Bracia Słowianie wzniecili najkrwawszą rzeź od czasów drugiej wojny światowej (chociaż… to złe sformułowanie – oni poszli ze sobą walczyć. A kto doprowadził do eskalacji przemocy swoimi brudnymi interesami, i kto przykładał do niej rękę… w drugiej trzymając cygaro, które potem znajdowało się… nie tylko w ustach… to wiemy wszyscy). Jednakowoż, z punktu widzenia ludzi, którzy w wieku szczenięcym jeszcze, podchwytywali hasełka puszczane na okrągło w szkiełku – … Sarajevo, Mladić, Dubrovnik, Gotovina, Orić, Milosević, B-117, bomby, Belgrad, Kosovo… stał się on (przynajmniej dla części z nas) ciekawym polem do zapoznawania się w najnowszą historią naszego kontynentu. Historią paradoksalną – i tutaj, zamiast stawiać odgórną tezę, chciałbym sformułować ją w kategorii pytania…

My, Słowianie – NIEKOŃCZĄCY SIĘ PARADOKS? Odpowiedzmy sobie sami.

Tutaj można naprawdę mnożyć przykłady – słyszeliście może o „Muzułmańskich oddziałach SS”, walczących u boku ustaszy w trakcie II wojny na Bałkanach? (Bośnia wchodziła wówczas w skład NDH – Niezawisłego Państwa Chorwackiego). Hitler ponoć osobiście zezwolił, ażeby oddziały te, złożone z Bośniaków wyznających islam, mogły posiadać własnego mułłę w charakterze kapelana, a także, by w zgodzie z zasadami wiary, przysługiwała im również określona ilość modłów w stronę mekki. Himmler natomiast, osobiście, fascynował się islamem, w jego przekonaniu, wiara w Mahometa, obiecująca raj poległym w boju, szlifowała twardych i pozbawionych strachu żołnierzy, którym w dodatku, w dość swobodnych wywodach, tłumaczono, iż nie są oni Słowianami, lecz czystymi Aryjczykami, posiadającymi pewne rasowe naleciałości bliskiego wschodu. Prawda, że idiotyczne? PARADOKSALNIE, byli i tacy Słowianie, którzy bez mrugnięcia powieką odstępowali od swoich słowiańskich korzeni, zwiedzeni banalną, nazistowską, nie-naukową retoryką… O tym trzeba pamiętać!

Od siebie mogę dodać tylko tyle: Poczytajcie, chociażby, o wspomnianej wyżej Srebrenicy. Prawda niekoniecznie wygląda tak, jak przedstawiła nam ją szkoła, czy media. A Ratko Mladić, czy równie gorąco wspierani przez Serbów Karadzić i Seselj – obecni więźniowie hascy, to postaci, za których jednoznaczne, często chybione oceny, mam nadzieję, ktoś tu jeszcze przeprosi…

Minęło sporo czasu od tych wydarzeń, które jednak po dziś dzień pozostawiają zapach krwi w powietrzu. W swoich felietonach nie skupiam się jednak na historii, a na klimacie bałkańskich bloków, zatem… Celem płynnego przejścia między omawianymi płaszczyznami – poniższy film to fragment francuskiego dokumentu, opisujący wydarzenia w obecnej stolicy Bośni w czasie wojny domowej lat 90tych. Francuski komentarz nie ułatwia zrozumienia, ale zdjęcia fantastycznie ukazują realia bitwy, toczącej się na ulicach miasta. Jeszcze do niedawna na Sarajewskim stricie gwizdały snajperskie kule

Dziś natomiast, dokładnie 30 lat po zimowych Igrzyskach Olimpijskich, jedynych, zorganizowanych przez któryś z krajów byłej Jugosławii, ulice miasta wypełnia miejska muzyka. Jedna z bardziej popularnych, stołecznych grup rapowych:

Z trochę innej beczki – serbska grupa Beogradski Sindikat, szeroko znana także poza granicami Serbii, grająca koncert dla serbskich mieszkańców miasta Banja Luka, będącego miastem stołecznym bytu o nazwie „Republika Srpska”, drugiej, obok Federacji Bośni i Hercegowiny, zamieszkałej w 90% przez etnicznych, prawosławnych Serbów, części składowej dzisiejszej Bośni. Kultura ulicy nie klęka przed polityczną poprawnością, która, w tej sytuacji, kazałaby się od współziomków w wierze i krwi, zwyczajnie odwrócić plecami, a wszelkie kwestie sporne na mapie Europy, wymazać z pamięci i świadomości. Szacunek, BS! Swoją drogą, naprawdę ciekawie zrealizowany teledysk:

Pointa, tradycyjnie, miała być skierowana do wątpliwej twórczości dwójki polskich artystów, ale tym razem, być może brakło kreatywności, żeby takową wymyśleć, a być może Ferrari zwyczajnie odjechało już komuś sprzed stodoły… Właśnie! Skoro już weszliśmy na terytoria motoryzacyjne, to wypadałoby wspomnieć, że „Ferrari” poniższego typu, wciąż można oglądać w Bośni, ale również w Serbii, Chorwacji, Czarnogórze, a nawet, choć już naprawdę w niewielkim stopniu – w Słowenii. Produkowany w Jugosłowiańskich zakładach „Zastava”, kultowy „YUGO”, sprzedawano nawet… w Ameryce, jako auto za mniej niż 4 tysiące dolarów (oryginalna reklama poniżej)! Auto wygodne, zapewniające radość z jazdy… a o ile bardziej dopasowane do słabego poziomu, i potraktowanej płytko tematyki twórczości, niż włoskie koła… Polecam przemyśleć sprawę, „panie producencie”.

Zdjęcie przy wstępie: AFP / Odd Andersen.

CDN…

Mateusz