13.06.14 Młody z FKV vs Mistrzostwa Świata 2014. Póki co… 0-1.

BrazyliaNasz „stary znajomy” (tłumaczone relacje jako ciekawostka – częste na „Drodze Legionisty”), MŁODY z Rygi  przyjechał do Brazylii, żeby – będąc w posiadaniu kilku biletów na mecze reprezentacji Rosji –  pobyć na Mistrzostwach Świata oraz – jeśli los pozwoli – wraz z  kolegami z rosyjskich ruchów kibicowskich zaprezentować wschodni styl kibicowania. Polska reprezentacja nie specjalnie się postarała i po raz kolejny nie było nam dane dotrzeć na Mistrzostwa Świata, dlatego wrzucę w najbliższych dniach kilka relacji od tych, którzy mieli więcej farta. Na drugi dzień po przyjeździe do Sao Paulo autor postanowił pójść na mecz otwarcia, co później opisał w swojej relacji.

Berdysz

relacja z próby przebicia się na El Stadio na mecz otwarcia:

(…) Do meczu pozostało trochę ponad trzy godziny i skierowałem się do fan-zony, miejsca w centrum miasta, gdzie kibice mają możliwość obejrzeć mecz na dużym ekranie, a także wziąć udział we wszelkich imprezach towarzyszących. Standardowe przedsięwzięcie dla MŚ i ME. Tym razem w fan-zonie było bardzo tłumnie. Ludzie ze wszystkich krańców miasta podążali właśnie tam. Kontyngent absolutnie różnorodny, ale większość to turyści, a także proletariat i młodzież z przedmieść.

Koncentracja policji w centrum miasta i wokół fan-zony była kolosalna, ale policja nie rzucała się w oczy tak jak na przykład na Euro w Polsce. Niezależnie od tego czy byli to zwykli policjanci czy też pewne oddziały specjalne, wszyscy byli ubrani w jednakowy elegancki mundur w kolorze szarym, bez kasków, tarcz i spec-techniki. Taki wygląd policji nie wywołuje agresji u otoczenia. Zauważyłem, że w centrum, wszyscy policjanci jak od linijki nie byli niżsi niż 180cm, mocni, wysportowani.

Wewnątrz fan-zony, miejscowy DJ puszczał popularne światowe hity  elektronicznej muzy. Ludzie wokół nie odmawiali sobie w możliwości potańczenia i cały wielotysięczny tłum zanurzał się w atmosferę święta. Już w tym momencie wewnątrz fan-zony było wielu zamroczonych ludzi. Policja starała się zachowywać bardzo korekt.

Generalnie kontrast na ulicach San Paulo jest kolosalny. Święto, Mistrzostwa Świata, szczęśliwe twarze i w tym samym momencie śpiący na ulicach bezdomni albo ciężarna dama z wywalonym brzuchem prosząca o miłosierdzie. Jakieś dziwne dobudówki, tymczasowe domki, gotowanie pożywienia bezpośrednio na ulicy i wszystko to na widoku i pod nogami policji. Żadnej czystki terenu. Byłyby te Mistrzostwa na Białorusi, to jestem pewien, że wszystkich nurków zapakowaliby i wysłali daleko za miasto, a tutaj odnoszą się do nich ze zrozumieniem.

Fan-zona pozostawiła dwojakie wrażenia, z jednej strony bezwarunkowo – święto, a z drugiej tłumy pijanego luda, który się dorwał do zabawy i nie po prostu luda, ale jak to się zwykło nazywać pijanego zamroczonego bydła starającego się na wszystkie sposoby i za wszelką cenę trafić na teren fan-zony. Po drodze z zony do metra byłem świadkiem powinięcia kilku młodych chłopaków, jawnie mieszkańców podmiejskich faveli. Policja rozstawiła chłopaków wzdłuż ściany i prowadziła przeszukanie (miniaturka obok wstępu – autorstwa Młodego). Taki sam obrazek napotkałem pod stadionem. Przypuszczalnie chłopaków przeszukiwano w kierunku posiadania broni i narkotyków.

Pociąg specjalny na stadion wyjechał z niedawno odnowionej i zmodernizowanej stacji Łuż. Generalnie Brazylijczycy to zuchy, w centrum miasta całkowicie odnowili i przebudowali od fundamentów cały szereg stacji metra. Kupiono nowe składy. W metrze jest bardzo czysto, wszystko jest wypolerowane i błyszczy, wszyscy pracownicy uśmiechnięci. Zdziwił mnie trochę brak możliwości zakupu biletu dobowego do metra. Można kupić plastikową kartę i ja nabijać, ale jakiś rabatów ta karta nie oferuje, po prostu tak jest wygodniej poruszać się, nie ma potrzeby stać w kolejce po bilet jednorazowy. Przejazd kosztuje 3 brazylijskie reale, czyli 1 euro.

W pociągu na stadio, tak jak oczekiwałem, atmosfera świąteczna. Ludzie jechali na meczyk nastrojeni przyjaźnie z wesołymi pieśniami. Bliżej stadionu kolejka przechodziła wzdłuż trasy, po której najwidoczniej miał przejeżdżać autobus z piłkarzami Brazylii. Ludzie powychodzili na ulicę i z transparentami, flagami i trąbkami oczekiwali na swoich ulubieńców.

Na stacji szalona sytuacja, tłumy bezwładnie przepływających to w tą, to w drugą stronę rzek ludzi, widocznie nie ja jedyny wyruszyłem w poszukiwaniu farta w trafieniu na mecz. Tłumy najzwyklejszych gamoni chcących popatrzeć na nowy stadion i proces wejścia szczęśliwych posiadaczy biletów na arenę.

Cena biletu na meczyk wahała się od 1500 do 2000 euro. W porównaniu do propozycji w centrum miasta w ciągu dnia cena zupełnie nie spadła. Byłem przygotowany na wydatek 300 euro za bilet i wbicie się na stadion równo z gwizdkiem lub lekkim spóźnieniem. Tak na przykład trafiłem na mecz Niemcy – Polska na MŚ w Niemczech, kiedy to za burtą imprezy pozostało około 15000 Polaków i kupa Niemców. Czy tu mi się pofarci? Ważna jest obecność koników, którzy są w posiadaniu więcej niż jednego biletu, ale wszystkie propozycje kończyły się na jednym bilecie, z których część – jestem o tym przekonany – były fejkami. Chętnych na zakup biletów na mecz była cała masa. Zrozumiałem, że tym razem powtórka się nie uda.

Podjąłem decyzje, że nie będę oczekiwał na „możliwość zakupu biletu” i zdecydowałem rozegrać to va bank. Podchodząc bliżej do stadionu natknąłem się na pierwszą kontrolę. Konieczne było okazanie biletu i okazanie zawartości toreb, a ja miałem ze sobą niewielki plecak. Wyczekałem moment pewnego zamieszania wśród ochrony w trakcie wymiany stewardów i ochrony i na zamyślonym ryju tępo przeszedłem przez tę kontrolę.

Po przejściu jakiś 500 metrów w bezpośredniej bliskości stadionu była kolejna kontrola. Tutaj stewardzi przepuszczali torby przez „telewizor” i przeszukiwali kibiców wykrywaczem metali. Postanowiłem przebić się przez strefę dla prasy i ludzi z zaproszeniami. Ponownie wyczekałem na odpowiedni moment i z kamienną twarzą, tak jakbym miał bilet na VIP, przeszedłem przez te kontrolę.

Tam gdzie zawodzi człowiek, zastępuje go technika. Przede mną  stanęła ostatnia, najbardziej skomplikowana rubież w postaci kołowrotów kontroli elektronicznej, przejść przez które bez ważnego biletu jest praktycznie nie realne. W niewielkiej strefie buforowej pomiędzy poprzednią kontrolą, a ostatnimi kołowrotami, w obecności  kupy stewardów i policji przez parę godzin robiłem z siebie fotografa lub człowieka oczekującego na kogoś lub ofiarę fejkowego biletu ponieważ zaraz obok był kiosk, w którym kibice mogli wymienić pogięte bilety, których skanery z kołowrotów nie były w stanie ich odczytać. Dostrzegłem jeszcze jednego takiego fotografa, który okazał się Meksykańcem, tylko inaczej niż ja – on posiadał bilet na mecz Brazylia – Meksyk, przy pomocy którego przeszedł przez dwie pierwsze kontrole.

Czas gonił, a decyzja w kwestii tego jak wbić się na stadion nie była podjęta. Przez płot zagadałem z dwoma Chorwatami, ci obiecali wynieść jeden bilet ale swojej obietnicy – co zrozumiałe – nie dotrzymali. Jeszcze u jednej baby na meczyk spóźniała się córka i umówiłem się z nią , że jeśli córa nie wyrobi się w czasie to ona odsprzeda mi bilet.

Była jeszcze jedna opcja związana z przekupieniem ochroniarza, który przeprowadzał wolontariuszy przez specjalną bramkę bez skanera, ale ja postanowiłem działać bezpośrednio przed odgwizdaniem początku meczu.

Na horyzoncie zarysowało się czterech przedstawicieli Torcidy Split. Dwóch jawnie nie miało biletów i właśnie oni przeszli przez kołowroty przypuszczalnie przekazując sobie wzajemnie bilety. Tutaj zagrała kibicowska smykałka. Dwoje przeszło przez bramki, po czym przekazali przez płot saszetkę na pasku z dwoma biletami wewnątrz. Wszystko na oczach moich i kupy stewardów. W zamieszaniu, nie za długo przed początkiem meczu, Ustasze spróbowali wejść. Skaner odmówił wpuszczenia ich na co jeden z nich przeszedł przez kołowrót i szybko ukrył się w tłumie, steward nie zareagował. Drugiego zawrócono i on skierował się do tego samego kiosku gdzie mu uprzejmie wymieniono bilet na nowy co skutkowało bezproblemowym wejściem na stadion. To właśnie ta kibicowska smykałka!

Wydaje się, że podobna procedura  zadziała na drugich stadionach, tylko nie mówcie o tym nikomu, dobra? Już po wszystkim dowiedziałem się, że na Arenie Korintians byli znajomi kibice z Moskwy, można było by z nimi wykręcić podobny numer…

Córka tej wspomnianej kobiety jakoś tam zdążyła na stadion i dzięki konsultacjom przez telefon przebiła się do bramek. Musiałem coś zrobić. Swoją pierwszą próbę przejścia bezpośrednio na stadion wykonałem równo z gwizdkiem sędziego, ale nie zdążyłem dojść do ochroniarza przy bramce , wykukał mnie drugi steward i zażądał okazania biletu na mecz. Generalnie to dziwię się jak mnie, z moją budową nie wypisano z tej strefy buforowej wcześniej. Tego wspomnianego Meksykańca wypisano zdecydowanie szybciej.

Przykro, nieprzyjemnie, ale postanowiłem nie poddawać się i poszedłem wbijać się na drugą trybunę. Kontrole przeszedłem tak samo pewnie, strefa buforowa okazała się dużo większa i praktycznie bezludna. Pejzaż z cyklu scenek rodzajowych: kupa policji i stewardów, kilkoro śpieszących się na meczyk miejscowych i ja z aparatem fotograficznym w łapach, kreuję się na szlaucha  typu „fotografuje atmosferę”. Przeszedłem wzdłuż 6-7 wejść z kołowrotami i zauważyłem jedną bramę bez skanera, która była z lekka uchylona. Mając w pamięci  skok przez kołowroty bramek ze strony naszego Dimy Pomidora na Euro 2008 w Austrii, postanowiłem działać błyskawicznie i skierowałem się do bramy, przeszedłem 5 kroków za bramę po czym zostałem powinięty przez stewardów…

Ku mojemu zdziwieniu nie przekazali mnie psom i nawet nie wyrzucili za drugi kordon. Pozostałem w strefie buforowej, zrobiłem myk, udając, że wychodzę, ale znów wróciłem. W tym czasie Chorwacja już prowadziła  0-1… i będąc obok stadionu obserwowałem mecz na ekranie przeciwległej trybuny…

Postanowiłem, że poczekam na przerwę i spróbuje szczęścia w trakcie ogólnej dekoncentracji stewardów. Takich jak ja marzycieli w ostatecznym rozrachunku zebrało się kilkadziesiąt osób w tym chłopaki z Charkowa. Słońce zachodziło, pociemniało i w trakcie kiedy część z nas zasłaniała plecami widok stewardom drugiej kontroli, a stewardzi przed nami skoncentrowali się na obserwacji meczyku, jeden z charkowian przeszedł pod młynkiem maszyny do skanowania biletów i unikając gwałtownych ruchów poszedł na trybuny oglądać mecz.

Czwartym typem, który wbił się na krzywy ryj  na mecz otwarcia był pewien Hiszpan. Miał więcej farta niż my, cała reszta gamoni. Drobnej budowy, nie zauważalny, a przede wszystkim w białej koszulce. Na początku drugiej połowy, część stewardów ubranych na biało, weszła na stadion akurat przez młynki, obok których staliśmy i oglądaliśmy mecz na ekranie wewnątrz areny. My też próbowaliśmy i ruszyliśmy z tłumem stewardów, ale nas szybko wyłuskali, a Hiszpan przeszedł niezauważalnie ze wszystkimi. Wyobrażam sobie jego radochę…

Ostatnią próbą było wypchnięcie bramy, fizycznie możliwe, ale tak, żeby nas nie wykukali to nie…. i w rezultacie ja i jeszcze paru takich gamoni zostaliśmy bez niczego.

Postanowiłem, że dłużej nie będę się kręcił wokół stadionu, delikatnie sfrustrowany wątpliwościami, że być może gdybym pozostał na stacji metra, udałoby mi się kupić bilecik na mecz powlekłem się w stronę centrum miasta. W momencie w którym zdesantowałem się na Pauliście Brazylia zwyciężyła Chorwację 3:1 i na ulicy rozpoczęło się prawdziwe święto. (…)

Młody z ekipy FKV

tłumaczenie dla „DL” – Berdysz