LIST CZYTELNIKA: „Postęp”.

Pisz czachaA propos postępu w kulturze to nie ma co przesadzać w drugą stronę i przez przekorę nie dostrzegać pozytywnych zmian. To chyba efekt tego, że lewica zawłaszczyła sobie słowo „postęp” i teraz kojarzy nam się ono źle, szczególnie w kulturze i społeczeństwie. Ale nie dajmy się zwariować. Od Rewolucji Francuskiej zmieniło się wiele na plus w kulturze pojętej szerzej niż sztuka, twórczość. Choćby to, że nie jesteśmy analfabetami, wcześniej dla elit to nie było problemem. Mamy więc zasadniczą kwestię dla rozwoju narodu. Kolejna sprawa, to wolność. Jednak oświecenie (i poniekąd RF) też miało na to wpływ, dość przypomnieć że pańszczyznę (czyli de facto niewolnictwo, także na rodakach) zniesiono na ziemiach polskich dopiero po Powstaniu Styczniowym, zrobił to zresztą Car Rosji, cynicznie. Nie wiem jak Twoje pochodzenie, ale moje po kądzieli jest chłopskie i jakoś nie widzę się w roli przedrewolucyjnego chłopa pańszczyźnianego :-). A było to naturalne w kulturze I RP…

Wreszcie kwestie narodowe. Naród w dzisiejszym ujęciu to przecież twór nowożytny, razem ze wszelkimi nacjonalizmami. Świat przed Rewolucją Francuską był feudalny, elity były odseparowane od ludu tworząc ponadnarodowe rody, a tym co spajało było poddaństwo wobec króla. Z tego wynikały też różnice w religii, dość przypomnieć, że w czasie zaborów Papiestwo nie było przyjacielem polskiej niepodległości.

Nie bronię tu samej Rewolucji Francuskiej, bo można było podobne zmiany przeprowadzić bez szargania świętości (vide Ameryka), ale kultura świata przedrewolucyjnego nie była z dzisiejszego punktu widzenia jednoznacznie pozytywna.

Jeżeli natomiast chodziło Ci wyłącznie o kulturę rozumianą jako sztukę, to częste utyskiwanie na jej upadek w kontekście nowoczesności nie bierze pod uwagę tego, że kiedyś sztuką zajmowały się wyłącznie bardzo wąskie i wykształcone elity. Oceniając dzisiaj kondycję ówczesnej cywilizacji robimy to przez pryzmat tych wybranych, kulturowej arystokracji.

Dzisiaj z kolei twórcą może być każdy, a przemysł popkulturowy przez swoją masowość siłą rzeczy promuje rzeczy mało wartościowe, dostosowane do gustu masowego odbiorcy który równa w dół, do przeciętności. Oczywiście całe to zjawisko kulturowego marksizmu żeruje na tym i znacznie pogłębia ten problem, ale nie wydaje mi się, żeby sama kondycja ludzka była dzisiaj szczególnie gorsza niż 300 lat temu.

Gdybyśmy mogli zajrzeć pod strzechy ówczesnego ludu też nie wyglądałoby to tak kolorowo. Jedyna (ale poważna – przyp. red.) różnica jest taka, że wówczas najniższe instynkty pętała w jakimś zakresie religia, a dzisiaj owo „wyzwolenie” hołduje tych instynktów ujawnianiu, gloryfikuje je.

Natomiast to co jest smutne i z pewnością jest zmianą na gorsze to podatność elit na wyżej opisane zjawisko. Kiedyś przynajmniej w części były tym kagankiem cywilizacji, a dzisiaj ich większość napędza degrengoladę (kolejna ważna zmiana – przyp. red.). Być może w swoim interesie, ogłupioną masą łatwiej rządzić.

Pytanie tylko, czy cezurą była tu Rewolucja Francuska. Przecież godne elity (w sensie na tle dzisiejszych, bo nie ma co też popadać w zbytnią gloryfikację II RP) mieliśmy przed choćby przed II Wojną…

Sumując, nie dobrze się stało, że lewica zawłaszczyła słowo „postęp”, bo nie każdy postęp jest zły (już nawet nie chodzi mi tu o technologię). Ich „postęp” jest w 100% orwellowski [1], przecież nie jest przypadkiem, że książka ta jest wynikiem obserwacji lewackiego, marksistowskiego Frontu Republikańskiego w Hiszpanii.

AG

[1]Wojna to pokój

Wolność to niewola

Ignorancja to siła”

Dzięki za maila.

„Można było przeprowadzić zmiany bez szargania świętości” – tą pingwinmyśl Twojego tekstu uważam za kluczową. Można też było pozostawić pewne granice, by tych świętości bronić, zamiast „wyzwalać” człowieka na tyle, że może sobie jechać z wiarą, a z jadącym z wiarą niekoniecznie („tolerancja”, „mowa nienawiści”)… Pamiętajmy też, że mimo wszystko inaczej wygląda sytuacja w Polsce (jeszcze), a inaczej na Zachodzie (z korzyścią dla nas)… Niestety jestem pesymistą, bo „postęp” zachodni zaczął się tu zadamawiać.

Ciekawi mnie też jak wygląda sztuka w wydaniu dzisiejszych „elit kulturowych”, „kulturowej arystokracji”. Gdzie ona jest, kto nią jest, która to? I dlaczego nie przebija się do świadomości „nowoczesnych Europejczyków” podobnie jak „sztuka współczesna”? Twój tekst o popkulturze częściowo to tłumaczy, ale przyzwolenie góry jest przecież dowodem na równanie ludzkości w dół… Więc de facto – postępu nie ma, bo skoro nawet z domostw wykopuje się Boga, a zachodnie kościoły pustoszeją?

Samo przyjęcie kawałka gówna za sztukę sugeruje, że gdzieś ten „postęp” zabłądził i z pewnością nie zmierza w kierunku rozwoju. O tym też mówię. Gdyby w mainstreamie promowano pozytywne obiektywnie wartości (dziś takich nie ma…, kiedyś był to Dekalog) krzyczałbym – niech żyje postęp!

Oczywiście, że nowe czasy mają plusy (dzięki temu np. mogę sobie pisać), ale czy danie pędzla i muzeum zwykłemu nieudacznikowi jest „postępem”, to bym się kłócił. Moim zdaniem zagalopowaliśmy się za daleko.

Ogólnie społeczeństwo ma problem z zagalopowaniem się, to w jedną, to w drugą. Nie twierdzę np., że kobieta nie powinna mieć głosu wyborczego, albo być poniżana przez męża, ale feministki poszły znacznie dalej… Podobnie z „wyzwoleniem jednostki”, zatraceniem wartości przez elity. Jak przywrócić granice – pytanie kluczowe! A jeśli owoc jest jaki jest, to którą skrajność powinien wybrać nacjonalista?

Ot – głośno myślę…

Aha. Pisałem głównie w kontekście człowieka wierzącego kiedyś w Boga, a dziś mającego „wiele opcji do wyboru”, wybierającego zazwyczaj tak jak mu jest wygodnie (czyli wybierającego to, co od niego nie wymaga…).

Pozdrawiam.

Ł.

PS: W temacie analfabetyzmu elit, to z „bulem” przyznaję…, że bywa różnie :-).