16.06.15 Pierwszy publikowany fragment (pisanej) książki red. „DL”.

PCDokładnie 11 lipca 2014 zacząłem pisać, minął niemal rok, a więc czas zdradzić chociaż tytuł pisanej książki oraz jej fragmencik. Mimo, iż nie mam jeszcze wybranej daty premiery, bo i nie wiem kiedy skończę – prace są na zaawansowanym etapie i na 99% to po prostu wyjdzie. No więc książka będzie nazywała się „Taniec na linie”, a sens tytułu będzie przewijał się od pierwszej do ostatniej strony, mimo że będzie składała się z (pozornie) kilku autonomicznych części. Czyli… to, że poznasz zaraz poniższy fragmencik, nie oznacza wcale, że wiesz cokolwiek o jej ostatecznym kształcie. Zapraszam do lektury. A ja załatwiam w czerwcu wszystkie sprawy i od 1 lipca wracam do konkretniejszej roboty. Mam nadzieję…

(…) Przywdziali kaptury niczym Bractwo św. Marii Magdaleny, które od ponad trzech wieków działa w Zalasiu. Ów strój jednoznacznie kojarzy się ze słynniejszym Ku Klux Klanem z tym, że spiczasty koniec kaptura leży swobodnie na głowie zamiast stać sztywno jak u amerykańskiej organizacji. Jest to strój pokutny tego polskiego Bractwa, który przywdziewają jedynie na czas liturgii, przede wszystkim w święto patronki swej parafii.

Oni przyjęli na dziś jego element, oczywiście nielegalnie i bez jakichkolwiek pozwoleń, ustalając między sobą podczas jednego ze spotkań w piwnicy, że niosą pokutę i cierpienie dla grzeszników, którzy na dobrowolną pokutę nie mają najmniejszej ochoty. Metafora wszystkim przypadła do gustu, a w kącikach ust pojawił się szyderczy i nieco złośliwy uśmieszek.

Piwnica pełna była aktualnej lokalnej prasy, którą wspólnie przeglądali, szukając lewicowych inicjatyw przeciwko ich wartościom, wartych natychmiastowego zaatakowania.

Z jednego z darmowych tygodników rozdawanych na starówce, dowiedzieli się o grupie lewicowych artystów, którzy na chodnikach jednej z dzielnic wystawiają bluźnierczą sztukę i rozdają przechodniom ulotki z politycznie poprawnym przesłaniem. Grupa ta wynajmowała mały lokal w jednej z kamienic, tam też robiła próby i przygotowywała swoje akcje. Jednogłośnie ustalili, że nadszedł czas kary (…).

Lewicowi aktywiści siedzieli akurat w swoim nowo zagospodarowanym budynku, mieli przerwę w próbach i jedli zamówione fast foody. Nagle zza rogu wyłoniło się trzech osobników w ciemnych ubraniach, jedynie twarze skrywały białe osłony z wycięciami na oczy i usta. Lewacy zastygli w szoku, trzymając jedzenie przed otwartymi ze zdziwienia ustami. Ich oczy krzyczały: co jest, do ciężkiej cholery, grane!?

– Dlaczego wystawiacie na tej dzielnicy bluźnierczą sztukę i obrażacie niewinnych, spokojnych ludzi idących do świątyń? – to pytanie brzmiało jak wyrok…

Nie spodziewali się, że ktoś tak dobrze zbudowany może je zadać w czasach pospolitego hedonizmu i obojętności wśród młodych ludzi.

– Aleee… myyy… nie wystawiamyyy… – nie zdążył wypowiedzieć tego zdania lewak, kiedy jego słowa przerwał specyficzny dźwięk otwieranych pałek teleskopowych, zwanych na polskich osiedlach batonami.

Zgodnie ze starym zwyczajem, oszczędzili kobiety, zaś mężczyźni zostali w komplecie pobici. Zawsze któryś z nich krzyczał do histerycznie reagującej damskiej części, że płcie nie są równe i dlatego nie oberwały, z czego podśmiewali się potem po akcji.

Przez otwarte drzwi lokalu roznosił się na ulicę krzyk i pisk przerażonych kobiet. Kiedy wybiegli z nich osobnicy w białych kapturach, przechodnie którzy na moment zastygli na chodnikach, znów udawali że niczego nie widzą i nie słyszą – idąc w swoje strony.

– Typowe nowoczesne, liberalne społeczeństwo, morda w kubeł i podtulony ogon – powiedział do towarzysza podczas oddalania się z miejsca akcji…

Chociaż w tej chwili było to dla nich akurat bardzo pomocne.

Jeden z członków organizacji, który dużo wcześniej wyszedł na czaty udając spacer z psem, i który nie brał udziału w akcji – spokojnie obserwował przyjeżdżające pojazdy pogotowia oraz policji. Ostatni przyjechał wóz transmisyjny.

Kobiety, które przetrwały nawałnicę tajemniczych postaci, po raz kolejny żaliły się na atak ekstremistów. Uwagę dziennikarki wzbudził wibrator leżący w otwartych drzwiach wraz z innymi porozrzucanymi gadżetami.

– Aaaa, to? To tylko rekwizyt, którego używamy w sztuce.

– W tej, za którą was zaatakowano, tak?

– Yyyy, nooo tak – odparła jedna z artystek, z miną zupełnie jakby coś do niej właśnie dotarło…      

Aktywista stojący na czatach z coraz bardziej niecierpliwym psem pamiętał ze Starego Testamentu prawo moralne dane przez Boga „Nie pozwolisz żyć czarownicy”, gdy pomyślał o urodzie wypowiadającej się właśnie lewaczki.

– Czyżbyś Panie kazał mi ją sprzątnąć? – spytał w duchu żartobliwie, pozostając w wyśmienitym humorze…  

Reszta ekipy już dawno rozjechała się zaparkowanymi znacznie dalej samochodami. Gdy spotkali się w piwnicy, opowiedział im wszystko ze szczegółami. Kolejny dzień w robocie zaliczony (…).

Ł.

Książka „Taniec na linie” nadal nie ma ustalonej daty premiery. CZEKAJCIE! Mogę obiecać, że trochę już…