27.06.15 Turniej sportów walki „First To Fight” w Warszawie.

FTF27 czerwca miało miejsce ważne wydarzenie w historii polskiego ruchu (oddolnego) nacjonalistycznego – turniej First To Fight w Warszawie. Polacy uchodzą za wojowniczy naród, ale jakoś nie mogło się u nas wydarzyć nic podobnego, a przecież bili się już dawno nacjonaliści we Francji, czy w Hiszpanii (nie mówiąc o Rosji, lub Włochach…). Tym większy szacunek dla organizatorów, że wzięli na swoje bary ciężar organizacji i pierwszą edycję mamy za sobą! Wytykanie drobnych nieporozumień organizacyjnych jest… nieporozumieniem, bo jako uczestnik innych turniej sportów walki mogę stwierdzić z całą stanowczością, że wszystko było dla mnie jasne. Miałem gdzie się przebrać, złamać, wykąpać, rozgrzać, zjeść, napić, wiedziałem o której walczę i z kim. Ring na świeżym powietrzu, sami swoi. Smak krwi, adrenalina i szacunek dla przeciwnika. Czego chcieć więcej? Było dobrze, a będzie jeszcze lepiej!

Turniej zaczął się o 12:00 w klubie „Fanga”. Rozpoczęli bokserzy oraz reprezentanci BJJ. Reszta mogła chodzić sobie między stoiskami z prasą/książkami, koszulkami różnych firm – w tym słynnego White Rexa. Wprawdzie koszulki tych ostatnich nie należały do najtańszych (100 zł), ale marka kusiła. Dość nietypowym stanowiskiem było studio tatuażu, do którego ustawiła się kolejeczka obserwująca rozgrzewkę zawodników oraz kulanie w kimonach, podczas gdy ich ciała upiększane były ciekawymi wzorkami. Ot – czas szybciej leciał, a ból przy dziaraniu wydał się niczym przy obserwowanych obaleniach…

FTFNa ścianach wisiały bannery różnych organizacji, transparent PDW, klimatu dopełniały też charakterystyczne malunki z wnętrza „Fangi”. Generalnie underground, szkoda tylko że żadni muzycy nie zaprezentowali się na żywo (nawet na świeżym powietrzu w formie wykonywania kawałków podczas piętnastominutowych przerw na ringu). To tak tylko w formie pomysłu na przyszłe edycje…

Około 14:30 zaczęli walczyć zawodnicy K-1, a ring robił się coraz bardziej czerwony od krwi i „pan ze szmatką” musiał interweniować. Wraz z rosnącym poziomem zaawansowania (amator – średniozaawansowany – zaawansowany) walki bPodłogayły ciekawsze – większość postawiła na „młóckę”, ale byli też tacy, którzy chcieli walczyć bardziej technicznie (np. najniższa kategoria wagowa w K-1)… Początkujący pokazali, że mają jaja i mimo, iż było widać, że nie mają za sobą wielu lat treningu – być może taki turniej zmotywuje ich do kontynuowania sportowego trybu życia.

Jako ostatni zaprezentowali się zawodnicy MMA. Początkowo mieli walczyć na macie w środku klubu, ale ich potyczki przeniesiono na ring, co było dobrym pomysłem (m.in. więcej powietrza, pogoda była idealna).

Wszystko zakończyło się około 19:00, kiedy po wspólnych zdjęciach ludzie zaczęli rozchodzić się do domów oraz samochodów. Lewacy zadzwonili pod swój ulubiony numer, że w klubie „Fanga” jest bomba, ale psy dwunożne tylko pochodziły znudzone z psem czworonożnym, nawet nie przerywając turnieju i poszły sobie. Psikus nie był więc zbyt owocny… W przeciwieństwie do pierwszej edycji „First To Fight”!

Ł.

PS: Ogromne podziękowania dla Radykalnego Południa, które przekazało na akcję „Wracamy po Was” kask, rękawice oraz kilka złotych! Dzięki również dla sklepu archipelag.org.pl za udostępnienie miejsca na stole dla „DLA” nr 3. Wkrótce kilka numerów mojego zina pojawi się ponownie w sprzedaży internetowej – w ich sklepie właśnie.