11.07.15 Relacja z FOG III. „To nie jest Festiwal dla trzeźwych ludzi”.

DL media– Chodźcie z nami, idziemy pić! – Nie, dzięki, my na trzeźwo. – Cooo? To idzie na trzeźwo wytrzymać z takimi jak my? Dialog prawdziwy. Tytuł oczywiście pół żartem, pół serio, ale zawiera moją odpowiedź. Istnieją zapewne tacy trzeźwi, którzy na „jednej wielkiej imprezie” czują się (z jakiegoś powodu) wyśmienicie. Ja dawno nie wszedłem typowo w… gniazdo, a więc udało się nieco zapomnieć jak trudno jest w nim wytrzymać. Przynajmniej osobie faktycznie żyjącej według trzech iksów. Po pierwszym dniu koncertu stwierdziłem, z całą sympatią do organizatorów, że to nie jest Festiwal dla trzeźwych ludzi, zwinęliśmy namiot i wróciliśmy kilkaset kilometrów do domu. Na FOG III byłem dobę. Zarzuciłem tam dresy i czułem się jak hipster, heh, bowiem towarzystwo jakby rodem przeniesione z (mojego ukochanego) „Rompera”, który powstał przecież już dość dawno temu… Kawał czasu nie widziałem tylu old schoolowych łysych w jednym miejscu, może dlatego, że jeżdżę raczej na manifestacje niż na koncerty. Miejscówka jest blisko Śląska – możliwe, że w śląskich manifestacjach owi ludzie uczestniczą – nie mówię, że nie, nie wiem… W każdym razie z autonomicznych mord spotkałem tylko jedną, wybitnie muzykalną (jeżdżącą na koncerty i manifestacje). Czego się spodziewałem? No właśnie. Mój błąd…?

Pola namiotowe, namiot cyrkowy ze sceną w środku (zdaje egzamin!), catering i rozłożony ogródek piwny. Piwkujący oczywiście mają tam co robić…

Może trzeba by połączyć FOG z jakąś imprezą sportową – napiszę nieco naiwnie…, a gdyby jedna z edycji FTF odbyła się namiot obok? Plusów takiej imprezy byłoby wiele, sportowcy mogliby być inspiracją dla młodych „agro-skinów”, którzy być może nie znają alternatywy do „picia za Sprawę”? Zresztą nie sama subkultura jest problemem, a częste promowanie wewnątrz niej niechlubnych wzorców, które tolerują schodzenie białych ludzi na złą drogę. Proporcje zataczających się do trzeźwych aż nadto rzucały się w oczy, no i… momentami nie wyglądało to zbyt dobrze.

A szkoda, bo sama idea Festiwalu jest naprawdę super! Szacunek za wzięcie na swoje barki czegoś takiego, organizacyjnie nie można niczego zarzucić. Pozostaje tylko kwestia „co kto lubi” i dalszego rozwoju FOG…

Na Festiwalu Orle Gniazdo byłem po raz pierwszy, przedtem „DL”/DTSP reprezentował korespondent zina. Teraz sam zarzuciłem plakietkę „Media” i wybadałem zakamarki wsi Kępa. Miejscówka jest magiczna… – totalne wypiździejewo, niebo pełne gwiazd wyglądało tam pięknie, a grill przy namiocie smakował jak w agroturystyce. Specyficzna sytuacja, bo miejscowym – typowym wieśniakom – nagle spadło na głowę (raz do roku) takie nietypowe wydarzenie. Ludzi oczywiście się nie zaczepia, ale spacerując po okolicy, napotkaliśmy założone na bramy grube łańcuchy, zamknięte na kłódki. Z drugiej strony… idziemy wioską dziś o 9:00 rano, a tu nagle z gospodarstw wychodzą skinheadzi i właściciele mieszkań, którzy zamiast się chować postanowili sobie dorobić. Grunt to odwaga! To, że łysy – nie znaczy, że zły, nie widziałem, by ktoś się na FOG III napierdalał, zaobserwowałem jedynie typowo pijackie bełkoty…

No właśnie… może 8 lat abstynencji i skupienie na czymś zupełnie innym w szeroko pojętym ruchu nacjonalistycznym spowodowało, że całkowicie przestałem czuć tego typu spędy? Przecież coverowane w namiocie „Ostatni Bunt”, „Biały Honor, Biała Duma” to również lata mojej młodości, a jednak wraz ze zbliżającym się trzecim krzyżykiem na karku nie czułem się jakoś wyjątkowo sentymentalnie. To było ważne, ale dzisiaj ruch jaki chcę popierać jest gdzieś indziej. Może dlatego ciężko na to patrzeć, bo tak mało osób przełożyło nasz ostatni bunt na życie codzienne w miastach? Ile razy pisałem w starych „Drogach Legionisty”, czy w innych projektach, że chętnych na piwo/imprezę zawsze było kilka razy więcej niż na akcje? Lata doświadczeń osłabiały mój sentyment do ruchu skins nastawionego raczej na muzę, aż chyba całkowicie go wypaliły. Przynajmniej w takiej formie w jakiej widziałem to na FOG, bo w Italii, na CasaPound, miałem do czynienia z zupełnie innymi łysymi. No właśnie…, kurwa mać – żałuję z olanej soboty występu Włochów i Szwadronu 97, ale nie dałem rady już zostać. Zjadłem dwa grille, obejrzałem kilka kapel i miałem dość.

Pierwszego dnia Festiwalu, w piątek, grał GAN, Nordica z wokalistą Pola namiotowePozytywki (gościnnie), Obłęd, Slavic Rebirth i goście z Czech i Węgier. Do Kępy dotarliśmy już podczas darcia się do mikrofonu przez Muchę – w namiocie może setka ludzi – w tym skromne pogo, kilku chłopaków ostro jedzie w chustach na ryjach… Rozglądamy się i wychodzimy rozłożyć namiot na jednym z kilku pól. Zapowiadało się ciekawie, ale ostatecznie rozpierdolu w namiocie nie było. Egeszseges Fejbor oraz Dead Generation słyszałem tylko kątem ucha, bowiem zajęty byłem konsumpcją kiełbasy oraz żurku z dostępnego cateringu. Słychać było liczne przyśpiewki świadczące o przyjaźni między narodami. Przyjaźń ta była umacniana od wczesnych godzin porannych do późnych godzin nocnych, szczególnie Czesi mieli problemy z grawitacją i… kontrolą pieśni, jeśli wiecie, co mam na myśli. Cóż…, byli to inni Czesi niż Ci, których gościliśmy na 11 listopada. No właśnie… wszystko było inne! Dodam, że kibice Śląska pytali Czechów, czy komuś kibicują – nie, nie byli to kibice. U Węgrów widziałem zaś nieliczne barwy Fradich. Barwy klubów z Polski praktycznie niewidoczne. Flayersy, ciuszki z klimatu, glany… kolor czarny.

Na dobre zainstalowałem się w namiocie – już z pełnym żołądkiem – na Nordice. Nie był to pierwszy raz, gdy widziałem ich na żywo, ale po raz pierwszy z gościnnym udziałem wokalisty Pozytywki (ex Tormentia). Cóż… według mnie jest to wokal numer jeden, jeśli chodzi o polską scenę muzyki tożsamościowej, a więc obejrzałem chętniej niż byłoby to bez niego. Nie zabrakło największych hitów („Kazia” też była :-), nie zabrakło kultowych coverów. Dobry występ…

Później pojawiłem się dopiero na Obłędzie, który spalił podczas występu kilkanaście rac, a część jego licznej ekipy machała dużymi flagami na kijach z logo zespołu. Z pewnością byłoby dynamiczniej, gdyby nie problemy techniczne. Obłęd porwał, ale nie tak jak myślałem – spodziewałem się zobaczyć pogo wśród kilku setek słuchaczy, a tymczasem potańczyła tylko garstka. Na plus liczny przekaz antykonfidencki i pojazdy po psiarni.

A propos – mundurowi znajdowali się w pewnej odległości od imprezy, nie dostrzegłem żadnej lipy w ich zachowaniu, nam nawet nie sprawdzili auta. Przyjęli taktykę trzymania się z dala – i dobrze. Na Slavic już nie byłem, trudy podróży dały się we znaki i próbowałem iść w kimę (po 2:00) – do białego rana budziły mnie jednak echa występu z namiotu, a więc impreza mogła przedłużyć się nawet do grubo po czwartej rano.

Wychyliłem się z namiotu o 8:00 i pierwszym, co ujrzałem byli już najebani (na nowo) Czesi. Liczne Toy Toye były odświeżane, a do budki umożliwiającej kąpiel ustawiła się zgrabna kolejka. Rozpalano grille.

Naprawdę super miejscówka i organizacja (drobnych niedociągnięć nie liczę, bo wziąć coś takiego na bary nie jest spacerkiem…), tylko… to nie jest Festiwal dla trzeźwych ludzi. Po prostu… Chill out zaburzają Ci coraz głupsze pytania i gadki sympatycznych, acz upierdliwych imprezowiczów. Bardziej pewny byłem nawet na FTF, gdzie zaraz ktoś miał mi dać po mordzie. Wśród setek najebanych łysych pełen relaks jest najzwyczajniej niemożliwy.

Brakuje mi też – wracając do koncertów – krzyknięcia za sceny czegoś konkretnego dotyczącego aktywizmu nacjonalistycznego. Na FOGu jest wielu młodych skinów…, jakiegoś zachęcenia ich do działania – na co dzień. Do jeżdżenia na manifestacje, strajki – nie tylko na imprezy… Potrzeba większego zaangażowania w Sprawę, a nie powtarzania tych samych sloganów od lat 90tych. Brakuje też kapel, które poruszają bieżące problemy szarego człowieka. Generalnie – nie czepiam się tych, którzy starają się coś robić, ale to wszystko jest (i piszę z perspektywy nacjonalisty) zbyt oderwane od rzeczywistości. To jest po prostu impreza – nie walka.

Pogratulować trzeba frekwencji – nie wiem jak to wyszło na podstawie sprzedanych biletów, ale miało się wrażenie, że co chwila widzi się nową ekipę – śmiało bym zaryzykował, że pół tysiąca z poprzednich edycji zostało spokojnie pobite…

Na Festiwalu został jeden z piszących do „DL”, więc jak nie zamuli to przeczytacie też relację z soboty. Jak wspomniałem, żal mi, że nie zobaczę dwóch kapel, ale gdy wróciłem wieczorem do domu i wskoczyłem do ciepłej wanny powiedziałem do siebie: – Nie, kurwa. To już nie tamten ja

Ł.

Materiały „DL”:

 Obłęd FOG III

FOG III Obłęd

FOG III DL