LIST CZYTELNIKA: Przegrana walka o popkulturę…

Pisz czachaTrochę mnie zmartwiłeś tekstem o „Tedzie”, bo sam się wybieram i sporo sobie po nim obiecywałem, pierwsza część była rewelacyjna. Zwykle jestem w stanie na pewne sprawy przymykać oko, o ile dostaje w zamian dobrą jakość. Jaranie mnie nie gorszy, zresztą „na prawicy” ten temat jest coraz mniejszym tabu i w związku z tym moim zdaniem jest przegrany w perspektywie pokolenia, ale promocja homo przez tą niedającą się nie lubić postać to krok za daleko, pomijając już nawet fakt, że niezbyt do takiego „gościa” pasuje. Trudno jednak też powiedzieć żebym był zdziwiony. Popkultura to nie od dzisiaj oręż w światopoglądowej walce, liberałowie wykorzystują ją z prawdziwym mistrzostwem. Szkoda, że nie nadziewają się na stosowną kontrę i w tym leży problem.

Praktycznie nie ma popkultury robionej na luzie, dla śmiechu i rozrywki, gdzie przemyca się „prawicowy” porządek aksjologiczny.

Powodów tego stanu rzeczy jest kilka, na część nie mamy bezpośredniego wpływu i trzeba czekać na odwrócenie trendów. Ale niektóre są konsekwencją postaw prezentowanych w rozpolitykowanych środowiskach prawicowych (mam tu na myśli umowny, najszerszy możliwy zakres tego słowa). Przede wszystkim chodzi o podejście do kultury. A więc – jeżeli w ogóle ktoś się nią interesuje, bo przecież ważniejsze są netowe dyskusje ideowych purystów, odmóżdżająca polityczna bieżączka, tudzież „oranie” liberalnych idiotów pod wpisami na fejsie – skupienie się prawie wyłącznie na „poważnych treściach”. Króluje oczywiście historia. Pełno jej w muzyce, jeżeli już jakaś książka okaże się hitem, to też koniecznie historyczna (vide „Legion”), najpopularniejsze filmy również głównie dotyczą historii.

Pewnie, że nie jest to samo w sobie złe (wręcz przeciwnie) i na tej płaszczyźnie, odpowiedzialnej za tworzenie mocnej tożsamości, wyraźnie górujemy nad przeciwnikami. Ale ograniczanie swojego przekazu do poważnej formy i historycznej tematyki sprawia, że zawężamy swoje kulturowe oddziaływanie. Trzeba się pogodzić z tym, że większość społeczeństwa nie jest i nigdy nie będzie predysponowana do przeżywania swojego życia przy pomocy poważnych, ambitnych treści. Te z zasady są bardziej elitarne (w klasycznym tego słowa znaczeniu, nie chodzi o pozycje społeczną) i jeżeli środowiska patriotyczne ograniczą do nich swoją ofertę to jakby z góry zamykały się na kształtowanie mas, a to one przecież ostatecznie są decyzyjne przy wyborach. Trzeba do nich dotrzeć.

Problemem jest też twórczość i odbiór nastawiony na klasyfikację „nasz przekaz/przekaz wrogi”. Tworzy to sytuację patologiczną, w której zarówno odbiorcy jak i twórcy skupiają się na tym, żeby przekaż był słuszny, zaniedbując formę. Naprawdę wiele widziałem takich przypadków i sam byłem pobłażliwy, bo na bezrybiu i rak ryba, ale to ślepa uliczka. Jeżeli dzieło ma kształtować światopogląd, to przede wszystkim musi być atrakcyjne, zrobione z talentem, a słuszny przekaz winien być zawarty dyskretnie, między słowami. Tymczasem mamy masę nieudanych rzeczy, w których od początku do końca słuszny przekaz wali po ochach tak, że ślepy by się skapnął, co mu „dyskretnie” chciał przekazać twórca. Tworzy to dodatkowe, bardzo niedobre skojarzenie „prawicowa treść = gówniana jakość”.

Trzecia sprawa to podejście do niesztampowej twórczości. Choć trochę się to zmienia na lepsze, to chyba każdy może sobie przypomnieć reakcje typu „podszywają się”, „chcą się załapać na modę”, „takie wykonanie nie jest godne tematyki”, albo „parę lat temu, w takim i takim wywiadzie powiedzieli tak i tak, to lewacy”. Otóż tak się składa, że ciekawe i pożyteczne rzeczy mogą, ku nawet mojemu zaskoczeniu, robić ludzie zupełnie niezawiązani na co dzień z naszymi wartościami, świetnym przykładem są kolejne edycje „Panien Wyklętych” robionych przez Malejonka. Na jego składankach jest mnóstwo wokalistek na co dzień bardzo odległych, ale dzięki temu i one (liderki opinii) dowiedziały się o ważnym temacie, i ich dotychczasowe audytorium zwróciło uwagę na tematy, z którymi nie dotrą do nich ludzie od patriotycznego rocka i rapu. Nie musimy akceptować wszystkich wyborów, czy wypowiedzi tych wokalistek, wystarczy, że robią robotę w jednym konkretnym temacie.

Sumując, żeby mieć Polskę (a dalej Europę wschodnią) swoich oczekiwań musimy walczyć na polu kultury popularnej. Potrzebujemy książek opisujących lekko i zabawnie współczesną rzeczywistość, potrzebujemy popularnych youtuberów zdystansowanych wobec liberalnych mód, potrzebujemy wciągających seriali opowiadających niepolityczne fabuły z małymi światopoglądowymi sugestiami, wreszcie potrzebujemy dobrych filmów z dyskretnie zaznaczonym, pożądanym porządkiem aksjologicznym.

Potrzebujemy Teda, który może będzie chlał i jarał tak jak większość młodego społeczeństwa, także ta prawicowa część, ale pokaże też parę odpowiednich, politycznie niepoprawnych postaw.

AG

Jak pisałem w tamtym tekście (http://drogalegionisty.pl/?p=11122700) – „Ted” (zarówno 1 jak i 2) jest śmieszny, a postać sympatyczna – w tym cały problem. Niestety wystarczy jedno zdanie – w przypadku „Ted 2” jest to poparcie dla homosi wyrażone przez maskotkę i odbiorca ma zakodowany światopogląd uchodzący za… ludzki i odpowiedni. Jarać, wspierać homosi… niestety, to jest przekaz tego filmu.

Zgodzę się ze wszystkim, o czym piszesz – prócz zbyt lekkiego podejścia do przegranej walki z paleniem „na prawicy”. Fakt – jesteśmy w bardzo trudnej pozycji, ale mamy cały czas silne karty w dłoni, między innymi modę na sportowy tryb życia. Prędzej widziałbym takiego bohatera lekkiego filmu niż ćpuna, który nie odrywa mordy od lufki. Przecież nasz niećpający koleś również może wieść ciekawe i zabawne życie, pogodzenie się z wiecznym melanżowaniem na ekranie – jakiekolwiek poglądy miałby bohater, jest wylewaniem dziecka z kąpielą. Poza tym – to, że większość pali, nie znaczy że palą wszyscy – przyjedź na 1 maja do Warszawy i zrób wywiad wśród uczestników. Nasza opozycja istnieje, nie palimy zielska i… jesteśmy z tego dumni. Promowaniem naszych wartości w popkulturze nazywamy również promowanie dystansu do narkotyków. Do końca! Inaczej mijamy się z celem. Nie znaczy to oczywiście, że zawsze musimy o tym mówić bardzo poważnie… I tu się znów zgadzamy.

Pozdrawiam.

Ł.