LIST CZYTELNIKA/polemika: Prawica za… legalizacją zielska?

Pisz czachaCałkiem przypadkiem, dosłownie 4 dni temu, temat zioła na prawicy przewijał się w necie w kontekście Bosaka i RN za sprawą gościa z Pitu Pitu, i choć z pewnych względów było tam trochę żenady, to przez to można powiedzieć, że jestem z wnioskami na bieżąco. A jako, że na marginesie „Teda” wyszła na jaw różnica w naszych podejściach, przesyłam mój punkt widzenia na sprawę, która dotyczy wielu osób i budzi duże emocje. Owy punkt widzenia opieram na własnych obserwacjach i doświadczeniach, które w mojej ocenie czynią ze mnie osobę znacznie bardziej kompetentną w temacie, niż znakomita większość mocno emocjonalnie zaangażowanych zwolenników i przeciwników legalizacji.

Wcześniejsze teksty: http://drogalegionisty.pl/?p=11122700 , http://drogalegionisty.pl/?p=11122712 .

Przede wszystkim, by dobrze odczytać moje podejście, muszę zaznaczyć, że temat legalizacji jest w mojej optyce mało istotny. Nie uważam, że trzeba się za to jak najszybciej brać (mało tego, w nawiązaniu do „przegranej walki” sądzę, abstrahując od tego, czy to dobrze czy źle, że musi minąć pokolenie, żeby legalizacja w ogóle była możliwa), nie trafiają do mnie populistyczne teledyski rapowe, nawet jeśli autorem jest ceniony przeze mnie artysta, nie uważam też zakazu za przejaw totalitaryzmu co, jak się okazało przy okazji sprawy wspomnianej na początku, jest nośną narracją. Gówno mnie także obchodzą legalizacja w Stanach, Holandii (co nie oznacza, żeby nie obserwować jak to wychodzi w praktyce) oraz rzekome wzmianki o ziole w Biblii czy starożytnej Grecji. Argumentacji prolegalizacyjnych jest dużo i wiele z nich jest nieznośnie infantylnych, zaś cała ta podkultura z barwami Etiopii w tle jest mi zupełnie obca.

Prezentacje własnych wniosków zacznę od kwestii najistotniejszej, czyli szkodliwości spożywania marihuany. Nie muszę tu posiłkować się żadnymi badaniami, tudzież wierzyć bądź nie na słowo różnym mądralom i popularyzatorom, empiryzm i środowiskowe obserwacje są najbardziej wiarygodne. Otóż między bajki można włożyć opowieści o tym, że marihuana nie uzależnia. Przeciwnie, regularne palenie, szczególnie rozpoczęte w wieku nastoletnim, sprawia, że powstaje odruch i przyzwyczajenie. O ile nie ma niezależnych czynników ograniczających (dostęp, pieniądze) to problem się nawarstwia i dochodzi do sytuacji, że dopóki się nie zajara to człowiek chodzi spięty, „nosi ciężar świata na barkach”, że tak to ujmę poetycko. Dopiero po pierwszym buchu nadchodzi ulga, stan pożądany, relaks. Z czasem używanie powszednieje, ile to ja znałem osób co palio codziennie, ot po prostu, jako coś zupełnie naturalnego, potrafili zaczynać od tego dzień, jak od szluga. Mocno się do tego przyczynił polski rap, ale to już trochę inna dyskusja…

Dobrze się to zapewne czyta przeciwnikom legalizacji, woda na młyn ich argumentów. Ale żeby być fair i dotknąć istoty rzeczy, muszę podkreślić element z drugiej strony. Większość z tych osób wiodło i wiedzie zupełnie normalne życie. Studia, praca, kredyty, rodzina. Radzą sobie raz lepiej, raz gorzej, jak to w życiu, ale to psychiczne uzależnienie nie odstawiło ich na boczny tor, nie sprawiło, że stali się bezmózgami, patologami itp. Mało tego, część z nich w związku z tym bardzo sporadycznie piła alkohol. Ot, po prostu wybrali sobie używkę, z którą chcą iść przez życie. Widziałem też paru co mocno nadużywali alkoholu, ich losy były znacznie gorsze, dlatego porównywanie lekką ręką alko i zioła jest błędne. Głównie dlatego, że zioło można odstawić. Jeżeli ktoś chce podjąć taką decyzję, może to zrobić. Paradoksalnie dużo trudniej jest ograniczyć niż całkowicie odstawić, tego jestem pewien jak mało czego w tym temacie. To zasadniczo różni palenie od picia i moim zdaniem nie pozwala stawiać ich na jednej szali zagrożeń. Sumując akapit, uważam, że występowanie psychicznego uzależnienia jest faktem, ale nie niszczy człowieka i można je określić jako kwestie wyboru.

Poważniejszą sprawą są psychiczne skutki. Otóż nie mam wątpliwości, że regularne palenie obniża potencjał intelektualny. Dzieje się tak na płaszczyźnie tak zwanego IQ, ale i na płaszczyźnie mentalności, charakteru. Palenie rozleniwia, demotywuje do jakichkolwiek działań, zdecydowanie rozkojarza, przyucza do chodzenia na łatwiznę, skupia uwagę na prostych czy prostackich wręcz rozrywkach oraz, co niestety okazało się dla mnie szczególnie bolesne po latach, wielu ludzi pozbawia jakichkolwiek ambicji intelektualnych. Jeżeli ktoś pali dużo w młodym wieku i zachodzą u niego wyżej wymienione procesy to niestety, przegapia (przepala?) lata odpowiedzialne u człowieka za poszerzanie horyzontów. Jakby to pretensjonalnie nie brzmiało, taka jest prawda. Wiek 15-23 to czas, w którym trzeba szukać swojej drogi, swoich zainteresowań oraz dróg rozwoju. Jeżeli w tym momencie przeczytamy wspomniane procesy zachodzące po paleniu, to widać, że nijak nie idzie to w parze z intelektualnym progresem. A później w większości przypadków jest już za późno. Wcale nie głupi ludzie zostają bez zainteresowań, bez ciekawych prac, perspektyw odpowiednich do ich niegdysiejszego potencjału. Ale znów, wypada spojrzeć z drugiej strony. To co opisałem dotyczy palących dużo w młodym wieku. W tym opisie z rozbawieniem nie odnalazłoby się parę znanych mi osób, które są dorosłe, zarabiają dobrze, a od czasu do czasu lubią sobie zapalić. To jest istotny kontrast, do którego wrócę w dalszej części.

Choć pewnie czytając te spostrzeżenie można odnieść wrażenie, że jestem krytyczny wobec legalizacji, mój punkt widzenia dryfuje w umiarkowanie odwrotną stronę. Dryfuje, ponieważ od paru latem ważę sobie racje, próbując łączyć poglądy z tym, co obserwuję w Warszawie na co dzień. Mając na uwadze bezsprzeczną szkodliwość, nie jestem w stanie uczciwie być za bezwarunkowym zakazem. Argumentuję to na kilku płaszczyznach, spodziewam się także, że będziesz moje argumenty kontrował, dlatego pod kątem polemiki zadam Ci kilka pytań, za odpowiedzi na które będę wdzięczny.

    1. Przede wszystkim, mimo opisanych zagrożeń, nie widzę w paleniu zioła zła. Nie można porównywać marihuany do syntetycznych narkotyków. Heroina, amfetamina, dopalacze. Są to substancje, które kompleksowo niszczą człowieka i jego otoczenie, rodzinę (podobnie zresztą jak nadużywany alkohol). Absolutny zakaz w tym przypadku jest uzasadniony na każdej płaszczyźnie, a szkody wywołane ich zażywaniem nie ograniczają się do osoby zażywającej. Zupełnie inaczej jest ze spożyciem marihuany. Ta nie niszczy ludzi ani rodzin, nie tworzy społecznych wyrzutków będących obciążeniem i zagrożeniem, nie wiążą się z tym żadne tragedie. Cały problem to obniżony potencjał danej jednostki. Oczywiście będziesz argumentował, że to jest negatywne samo w sobie i ja się z tym zgodzę, ale Ty zgodzisz się z kolei, że przecież nie można zmusić jednostki do rozwoju, to musi być własna inicjatywa. Nie można urzędowo nakazać dbania o swój rozwój. Jeżeli zatem ten aspekt odpada, jakie widzisz wynikające z palenia zło? Ja nie widzę żadnego innego, ot po prostu jedna z używek, do korzystania z których ludzie mają skłonność od zawsze.
    2. Druga sprawa to aspekt wolnościowy, dla mnie ważny na płaszczyźnie światopoglądowej i praktycznej, bo nie ukrywam, że cenię sobie swoją wolność. Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie – dlaczego ktoś (naród, państwo, społeczeństwo) ma zabraniać mi, dorosłej osobie, palić zioło? Jak to uzasadnić? Nie widzę tu sensownego pomysłu. Spotykałem się z jakimiś próbami uzasadnienia przez konsekwencje zdrowotne, za które trzeba płacić, ale raz że w przypadku zioła to słabo się trzyma kupy, dwa że co wtedy powiedzieć o palaczach tytoniu, o pijących alkohol, o uprawiających ryzykowne sporty itd. Jedyne co przychodzi mi do głowy, to tak zwane „przesunięcie granicy”, że dziś chcący czegoś zakazanego sięgną po zioło, a po legalizacji „przesunięta granica” skłoni ich do czegoś mocniejszego. Jednak w mojej ocenie to argument wyłącznie retoryczny. Po pierwsze znów dotyczy głównie nieletnich, a po drugie jest abstrakcyjny, bo już dziś mnóstwo młodych sięga po mocniejsze rzeczy. W społecznym odbiorze marihuana już jest oswojona. Ilu znasz ludzi przed 30, którzy nie mieli z nią styczności, którzy widzą w niej zagrożenie? Oczywiście w kręgach nacjonalistycznej ulicy jest zapewne takich osób trochę więcej, ale środowiska te to jednak subkultura, nie są na pewno miarodajne dla społeczeństwa.
    3. Trzecia kwestia jest dla mnie o tyle zasadnicza, że mam tu najmniejsze wątpliwości. Mimo przytoczonych argumentów nie jestem jednoznacznym zwolennikiem legalizacji, jak pisałem wciąż ważę argumenty, ale nie mam wątpliwości co do jakiejś formy depenalizacji. Nie chcę tu dawać populistycznych kontrprzykładów jakichś gwałcicieli puszczanych z zawiasami etc, wiadomo że nasz wymiar sprawiedliwości jest zdegenerowany. Ale wyroki za posiadanie kilku gram to nie tylko niesprawiedliwość (czyli zło) i „strzelanie z armat do myszy”, to także głupota pod kątem zysków i strat dla społeczeństwa. Jak bardzo zdemoralizować może jednostkę pobyt pod celą, szczególnie jeśli mówimy o młodym człowieku? Jak duże szkody może to wywołać w życiu jednostki? Moim zdaniem dużo większe niż ten obniżony potencjał. Dlatego stosowne wydaje mi się zadać tu pytanie – abstrahując od osobistych postaw, klimatu etc, w końcu pisząc o polityce, kraju, rozmawiamy o tym jakie naszym zdaniem powinny rządzić tu zasady – czy uważasz, że osoba posiadająca kilka gram na własny użytek powinna iść do więzienia, tudzież dostać zawiasy?

To są argumenty, które nie pozwalają mi być jednoznacznie przeciwko legalizacji. Jak zatem sobie wyobrażam ewentualne rozwiązanie? Otóż jedyny problem moim zdaniem leży w bezrefleksyjnym paleniu przez młodzież. Co bardzo istotne, dzisiejsza prohibicja sprawia, że żadnego problemu z dotarciem do zioła nie mają dzieci w wieku 13-14 lat, (kiedyś zresztą też nie miały…) miejscowy „diler” to przecież najczęściej kolega, co najwyżej starszy te 2-3 lata. Zakaz to społeczna fikcja. Dlatego wydaje mi się, że odpowiedzialność karna (może nawet zaostrzona) powinna skupiać się na udostępnianiu zioła nieletnim, granicę w tym przypadku widziałbym w wieku 21 lat (wiem, niekonstytucyjne, ale za to sensowne). Jeżeli wprowadzona zostałby legalizacja, na pewno sporo łatwiej byłoby to wyegzekwować. Legalny sklep obarczony wysokim ryzykiem biznesowym (koncesja) i karnym miałby dużo więcej oporów w sprzedaży nieletnim, niż małoletni biegacz-kolega, który sam jest non stop zjarany. To propozycja, na pewno zaakceptowanie tej koncepcji nie byłoby łatwe dla bardziej konserwatywnych osób, ale napisz sam, czy w kontekście problemu ze szkodliwością i dostępnością dla młodych nie ma ona sensu? Jeśli nie, to dlaczego?

Ostatnia kwestia to akceptacja zioła na prawicy, czyli to od czego zaczęliśmy. Sądzę, że temat jest przegrany w perspektywie pokolenia, bo czy tego chcemy czy nie, następuje oswajanie społeczeństwa z ziołem. Z obserwacji wnoszę – a 80% moich znajomych ma mniej lub bardziej przemyślane „prawicowe” poglądy – że dzisiaj większość osób miała już z tym styczność i nie widzi w tym zagrożenia, raczej normalny element imprez w dużym mieście. Za 20-25 lat te osoby będą między 40, a 50 i jako elektorat prawicy hasło legalizacji nie będzie dla nich takim skandalem, tak jak dla pokolenia naszych rodziców. Ta zmiana przyjdzie naturalnie, szczególnie jeżeli w krajach dookoła nas będzie podobnie (już dziś dekryminalizacja jest w Czechach). Już dzisiaj możliwość legalizacji dopuścił w „Do Rzeczy” Ziemkiewicz (choć obarczył ją niemądrymi argumentami z kategorii płacenia za leczenie, aktualny numer).

Napisałeś, że w Twoim środowisku jest inaczej i jesteście z tego dumni… nie wątpię, ale czy na pewno do końca tak jest? Nie chce się tu mądrzyć, szczególnie jako ktoś z zewnątrz, ale nie jest tajemnicą, że bazą społeczną nacjonalizmu w Polsce są trybuny. A jak jest ze akceptacją zioła na trybunach sam wiesz pewnie bardzo dobrze.

Tak to generalnie widzę, jak podkreślałem, wciąż warzę racje i jestem otwarty na celne kontrargumenty, ale obserwując temat pod kątem społecznym, jestem przekonany, że o ile mentalności dzisiejszych społeczeństw nie przeora jakaś wojna, to za pokolenie legalizacja będzie czymś naturalnym. I jeśli chodzi o mnie, na dzień dzisiejszy jest mi to doskonale obojętne.

AG

Najpierw wkleję swój świeży tekst na nieco inny temat, ale jednak zahaczający o kwestię palenia i legalizacji: http://drogalegionisty.pl/?p=11122755 . A teraz a propos Twojego listu…

Po pierwsze zgadzam się z Twoimi prognozami. Różnica polega na tym, że Ci jest to obojętne, a ja ubolewam i będę z tym walczył słowem. Dlaczego ubolewam? Bo „kultura palenia” „luzuje” naszych ludzi, nasz naród w sposób niegodny. Głupkowate uśmieszki z byle czego, uciekanie od spraw ważnych itd. Znasz kogoś kto pali i jest skupiony na aktywizmie? Ale dobra…, skupmy się na tych Polakach, którzy i tak byliby nieaktywni…

Jak słusznie zauważasz, zioło uzależnia – co z tego, że w zupełnie innym sensie niż poważniejsze tematy (legalizacja ma znaczenie ideologiczne, a uzależnienie czuję tylko psychiczne – pierwsza Molesta. Jak to „tylko”?)?

Twoje wnioski dotyczące tego, że „zioło można odstawić” są absurdalne. Jeden może odstawić, jak alkohol pity od czasu do czasu, i zapomnieć, a drugi nie…, bo bez nastukania dzień wydaje się niepełny. Są tacy, którzy odstawiają sobie na tej samej zasadzie kokainę – na co dzień są szanowanymi szefami firm/politykami/prezenterami telewizyjnymi. „Używka, którą wybrali, by iść z nią przez życie”? Spłycasz temat.

Jak już wspomniałeś o rapie, to przesłuchaj pierwsze kasety z lat 90tych, ciekawe świadectwa ludzi, którzy z jednej strony oddzielają jak się tylko da zioło od reszty używek, a z drugiej sami przyznają, że dzień bez THC to dzień stracony.

Zresztą Ty też masz rozdwojenie jaźni – najpierw sumujesz akapit pisząc: uważam, że występowanie psychicznego uzależnienia jest faktem, ale nie niszczy człowieka i można je określić jako kwestie wyboru, a kolejny akapit zaczynasz od: poważniejszą sprawą są psychiczne skutki. Otóż nie mam wątpliwości, że regularne palenie obniża potencjał intelektualny. He, he – AG vs… AG 1:1?

Zresztą ten akapit jest bardzo ważny, bo sam w nim sobie odpowiadasz – stwierdzając mądrze, że młodzi ludzie są zagrożeni. A Ty, występując w obronie tej dorosłej części, która chce sobie zapalić, jako prawicowiec (!) tolerowałbyś państwo, które legalizuje używkę robiącą (sam to ładnie opisałeś!) intelektualne wraki z młodych członków naszego narodu! Warto? Przecież wszyscy wiemy w jakim wieku sięga się po używki, w momencie gdy dana osoba jest nimi w ogóle zainteresowana.

Jestem osobą pracującą z patologią (z książki dowiesz się, że z narkomanami także) i patrzę w dół, na osiedle – Ty chyba patrzysz w górę, widząc hipster prawicę z jointem w modnym klubie, co? Ratować niziny, czy dać się bawić tym silnym? Dylemat… Jak w podziale kapitalizm-socjalizm.

Teraz skupię się na trzech kwestiach, które wyróżniłeś.

  1. Musisz naprawdę, jak już zasugerowałem, przebywać w całkiem niezłym otoczeniu – tzn. „na poziomie”, skoro uważasz, że palenie nie tworzy społecznych wyrzutków i nie niszczy rodzin. Używka jak używka (wyżej porównałem z coraz popularniejszym podejściem do kokainy) – znam naprawdę wiele przykładów, w których dzieciaki po prostu kradną, żeby kupić sobie palenie na wieczór. Jeśli czytałeś „DLA”2, w którym opisałem trochę swoje życie nastoletnie, wiesz że sam mając 15 lat byłem z takich klimatów, sam paliłem i bynajmniej nie znam tematu ze spotów na YouTube. Mój najlepszy kumpel z osiedla wdrapywał się wraz z innym po rowery na trzecie piętro bloku, jak Spider Man, żeby mieć na piwko i zielsko – innych rzeczy po prostu nie lubił (jego towarzysz balkonowych eskapad kradł na fetę). Wystarczy znać osiedlowe podziemie, by znać takich – jak piszesz – wyrzutków, a gdy rok temu prowadziłem treningi dla 30 dzieciaków z patologii w ramach „Wracamy po Was”, te klimaty były ich rodzinną i osiedlową rzeczywistością. Osoba z mojej dalszej rodziny wylądowała najpierw w Monarze (by uciec przed odsiadką), a potem w więzieniu, bo jumała właśnie na zielsko i na alkohol nałogowo – to było jej uzależnienie. Co z tego, że psychiczne, czy jak to tam sobie nazwą „specjaliści zza biurka” i „zza mikrofonu”? I teraz kwestia podejścia państwa narodowego do substancji, które robią ludziom w głowach taki kisiel… W Tobie wyczuwam prawicowego liberała w stylu Korwina, ja mam inne podejście – że państwo narodowe powinno stać na straży moralności swoim prawem. Chociażby symbolicznie! Nie mam na myśli gnębienia ludzi…
  2. Dokładnie, to głównie kwestia granicy – ale nie mów, że to błahostka! Ja podam z kolei przykład homoseksualistów – zapewne jesteś przeciwko tzw. związkom partnerskim. Ja też… chociaż tak naprawdę mam gdzieś (nie przeszkadza mi osobiście), że jakiś pedał, może dowiedzieć się w szpitalu o swoim kochanku (innym pedale) w przypadku wypadku samochodowego, a taką możliwość dałyby im owe zapiski. Jestem przeciwko dlatego, że dasz palec, a urwą całą rękę i adopcja dzieci będzie coraz bliżej… Przecież wszyscy wiemy, że za paluszkiem idzie drugi – byłeś w Holandii? Ja byłem w trzech miastach. Dlaczego nie chcesz o niej pogadać, przecież to idealny przykład państwa „niewchodzącego z butami w czyjeś życie”!? Także po pierwsze granica! Po drugie państwo ma dawać swoim prawem moralny przykład. Zezwolenie na narkotyki to zezwolenie na degenerację narodu. Po alkoholu i tytoniu naprawdę bym nie płakał. Uznaję je jednak (mimo, że sam nie piję i nie palę) jako pewien (zastany, kiedyś tak może być z ziołem – niestety) kompromis, żeby ludzie się nie buntowali, że nie mają żadnego prawa do rozrywki (nie tyle logika co strategia). Do niedawna – nie buntowali się, ale niestety zaczynają. Za sprawą czego? Za sprawą popkultury. Nie dawałbym jej państwowych lejców. A jeszcze wracając do kwestii wolności jednostki, która przenika cały Twój tekst. Czy jeśli ktoś stoi na dachu i chce skoczyć w dół, państwo powinno interweniować? Pomoc dla samobójcy…, ale dlaczego? Przecież to jego życie! Zgodzisz się chyba, że pozwalać ludziom skakać z okien bez próby pomocy byłoby czymś niemoralnym. No widzisz… jeśli ktoś niszczy swoją psychikę (potencjał intelektualny, jak sam piszesz) – państwo narodowe nie powinno takiego niszczenia legitymizować.
  3. Jestem kibicem, a kibic na nikogo nie nasyła Systemu. Tak więc moje wszystkie rozważania o kształcie państwa są czysto teoretyczne – jak moim zdaniem powinien kraj wyglądać dla szarego Kowalskiego. Ja nie życzę kłopotów z policją nikomu – ani lewakowi, ani narkomanowi. Może tylko zboczeńcowi, ale to ze względu na życie jakie czeka go za kratami. Nie oznacza to jednak, że jestem za puszczeniem wszelkich hamulców, za chaosem i anarchią. Prawo niech jest, niech jest moralne, bo to mój kochany kraj! A ja… i tak nie będę z nim oficjalnie współpracował. Nawet jeśli będzie wzorem cnót. Bo wychowałem się na stadionie. Wiem, specyficzne. Co do wysokości kar to oczywiście niech będą dużo mniejsze, bo zgadzam się z tym, że więzienie zdemoralizuje bardziej. Prawo w tym temacie ma dla mnie wymiar raczej symboliczny – w kontekście nacjonalizmu.

Naiwnie jest też myśleć, że legalizacja marihuany skończy nielegalny handel tą używką. To utopia – rynek coś wymyśli, by nie notować strat, na czym oczywiście straci nasz naród (podwójnie).

Doskonale zdaje sobie sprawę, że pewne rzeczy są stare jak świat, że się ich nie uniknie, ale nie oznacza to, że wyznaję liberalno-lewicowe (uległe) pomysły w stylu: jeśli coś i tak jest – legalizujmy to! To jest niekończąca się opowieść… Opowieść o upadku… Nie przyłożę ręki.

Ł.  

PS: Mówiąc o moim środowisku miałem na myśli Autonomicznych Nacjonalistów. Tu się nie pali, a coraz częściej nawet nie pije. Masz rację, to margines marginesu.