WYWIAD: Rozmowa „TMK” z redakcją „DL” o książce „Taniec na linie”.

Dość zapowiedzi…, ruszamy! Ruszamy z zamówieniami pierwszej książki redakcji „Drogi Legionisty” – „Taniec na linie”! Data oficjalnej premiery to 11.11.2015! Szczegóły zamawiania znajdziesz tu: KLIK! W związku z jej promocją, ukazał się wywiad w miesięczniku „To My Kibice” (numer październikowy, polecam). Wywiad ten możecie również przeczytać poniżej. Miłej lektury. Oczywiście, gdy już przeczytacie, podsyłajcie maile odnośnie książki/Wasze recenzje – wszystkie uważnie przeczytam: drogalegionisty@gmail.com. No glory without nuts!

TMK: 11 listopada 2015 premiera Twojej pierwszej książki „Taniec na linie”. Miałem okazję przeczytać ją jeszcze przed oddaniem do druku, więc znam już tematykę, jednak najpierw zapytam Ciebie – o czym jest ta książka i jaka idea przyświecała ci, gdy zabierałeś się do pisania? Komu byś ją polecił?

ŁUKASZ GROWER: Poleciłbym ją osobom, które interesują się kibicowaniem, nacjonalizmem i światopoglądem człowieka z naszych klimatów. Osobom, które lubią rozważać nie tylko na 1tematy stadionowe, ale ogólnie o życiu. Odradzałbym zaś takim, którzy szukają tylko „czystej akcji”, a nawet felietony w „TMK” cholernie ich nudzą… Nie jest to typowa książka kibicowska. Składa się z trzech różnych od siebie i pozornie niezależnych (!) rozdziałów.

Pierwszy nazywa się „Uważaj z kim tańczysz” i dotyczy światka kibicowskiego. Pokazuje początki fanatyzmu w sercu, za sprawą najpopularniejszej subkultury młodzieżowej w Polsce. Dorastanie w klimacie lat 90tych i nowe czasy, w których wiele się zmieniło. Rozdział relacjonuje różnego typu wyjazdy na mecze, na koncerty, towarzyszy bohaterowi w akcji chuligańskiej, charytatywnej oraz na treningu. Czy jednak wychowywanie w takim klimacie nie prowadzi człowieka do rozterek, znużenia i wątpliwości? Fabuła nie jest wybitnie rozwinięta, chciałem raczej przekazać atmosferę towarzyszącą różnym aspektom życia kibica.

Rozdział drugi nazywa się „Tańcząc z wrogiem” i dotyczy rozterek związanych z walką w imię Boga i Narodu przy użyciu przemocy. Poznacie podziemną organizację Polonicus Crux i jej kontrowersyjne metody ewangelizacji oraz zwalczania wrogów Ojczyzny. Co ciekawe – jest to rozdział całkowicie inny od pierwszego! Klimat obraca się wokoło partyzantki miejskiej mającej miejsce tu i teraz, małego sabotażu, a partyzanci wywodzą się tak jak my – z klimatów osiedlowych, mógłby nimi być każdy ze stadionowym rodowodem! Powiedzmy, że Marsz Niepodległości i klejenie plakatów przestaje nam wystarczać. Co dalej?

Trzeci rozdział o nazwie „Tańce towarzyskie” opisuje przejście z hedonistycznego trybu życia do życia opartego na wyższych wartościach w sposób pamiętnikarski. Ten rozdział najbardziej przypomni Wam styl znany z „Drogi Legionisty”. Czytelnik ma okazję porównać wspomnienia z czasów imprezowych do tych trzeźwych, zobaczyć drogę od uzależnionego do pomagającego uzależnionym. Czytelnik ma okazję ujrzeć od środka dwie strony wiary i wspólnoty Kościoła widzianej z perspektywy nawracającej się, buntowniczej jednostki. Pomiędzy to wszystko wplecione są kulisy powstawania różnych projektów, a także komentarze do wybranych wydarzeń oraz nawiązania do wybranych tytułów ulicznej kultury (książki, muzyka). Jedyny rozdział w całości oparty na faktach i na mojej osobie.

Pozorny „chaos” łączy się za sprawą postawienia człowieka w sytuacji, która zawarta jest w tytule. Wam pozostawiam zestawienie wszystkich wątków w całość. Wszak nasze życie to nie tylko stadion… I właśnie idea pokazania wielu aspektów życia towarzyszyła mi przy pisaniu.

Jest to książka kibicowska zaledwie w 1/3 i warto o tym wiedzieć, bo nie chciałbym by ktoś poczuł się oszukany po zakupie. Moje ambicje sięgają jednak daleko poza opisy awantur itd. i czytelnicy „DL” dobrze o tym wiedzą.

TMK: Obserwuję rozwój Twojej twórczości od lat, od pierwszych banalnych, młodzieżowych tekstów, po bardzo głębokie przemyślenia ostatnich miesięcy. Styl pisania również przeszedł długą ewolucję. Najpierw papierowy „Legion Zine”, później „Droga Legionisty”, „DL Alternatywa”, a także strona internetowa drogalegionisty.pl. Wszystkie pełne felietonów, obszernych wywiadów i innych artykułów, regularnie dziesiątki stron drobnym maczkiem, w zdecydowanej większości Twojego autorstwa. Teraz napisałeś również powieść. Szczerze mówiąc podziwiam Twoją „płodność literacką” – w skali kraju w świecie kibicowskim jesteś ewenementem. Skąd w Tobie tyle weny twórczej? I jak znajdujesz na to czas? Nie pracujesz?

Ł: He, he – pracuję. Ale numerem jeden jest pisanie. Obecnie jestem trenerem – udało mi się ogarnąć taki temat za najniższą krajową, więc pracuję samymi wieczorami, chyba że uda mi się wbić gdzieś na wuefy do szkół. Jestem zresztą dość obrotny w kwestii przetrwania i przyzwyczajony do trudniejszych okresów. Czasami żałuję, że nie mam więcej kasy – marudzę, bo brakuje na to i na tamto, ale coś za coś… Tak skonstruowany jest świat.

Wcześniej zaś kombinowałem… L4, pisanie gdzieś po zakamarkach budowy – gdy szef nie patrzy, kolejne fuchy przeplatane były „płodnym literacko” (jak sam ująłeś) bezrobociem. Powiem szczerze, że w dupie miałem swoją przyszłość – pasja pisania (przyznaję, nawet mocniej niż kibicowania!) była i jest najważniejsza. Jeśli coś jest najważniejsze – zawsze znajdziesz na to czas, przetrwasz niejedną burzę. Różne rzeczy potrafią rozczarować, a pióro zawsze przy mnie – najlepszy przyjaciel.

Pisząc czułem, że coraz bardziej mi to wychodzi, przychodziły informacje, że tekst pomógł komuś coś przemyśleć itd. Na Dolnym Śląsku po koncercie muzyki nacjonalistycznej, dorosły facet powiedział mi wprost, że dzięki prosportowym tekstom na „DL” przestał pić. Poczułem się w jakimś sensie potrzebny. Jak to się ma do typowego szefa polskiego robola, dla którego jesteś tylko zwykłym robakiem? Jestem człowiekiem, który potrzebuje w życiu sensu i poczucia satysfakcji.

Jak pokazał czas – był to dobry wybór. Znalazła się kobieta, która akceptuje moje podejście, opłacamy rachunki, rozkręcamy kilka niezależnych rzeczy i rozwijamy się. Bez żadnego chama nad głową (niestety z chamskim państwem…). I przy okazji – nadal puszczam niezależny, światopoglądowy przekaz w Polskę. Bądź sobą i idź za sercem, a reszta sama się ułoży – to moje motto. Nie mam zamiaru dać się Systemowi i zamknąć na 12 godzin w korporacji.

Co ciekawe – nie raz z życiowych opresji ratowali mnie czytelnicy, o czym do dziś nikt nie wiedział. Jeśli oddajesz czemuś serce – prędzej czy później ktoś to doceni, zaczną mieć miejsce rzeczy, o których nawet byś nie pomyślał. Świat Cię gniecie, wielu krytykuje, a znajdą się ludzie, którzy w zamian za Twoją pracę potrafią zdobyć się na stawiający Cię na nogi gest. Wyrażony głośno pogląd równa się emocja – są negatywne, są i pozytywne… Bezinteresowne…

W kwestii czasu poświęcanego na pisanie musisz też wziąć pod uwagę, że – przyznam nieskromnie – jeśli chodzi o takie zinowe teksty, przychodzi mi to szybko i bez problemu. Jeśli mam temat, na który chce się wypowiedzieć – napisanie tekstu zajmuje mi często tyle, co wypicie jednej kawy. Lecę całość, potem dwa razy to czytam, poprawiam, i jest gotowe… Pół godziny roboty. Wena zaś towarzyszy mi, powiedzmy, ponad 300 dni w roku. I tak się kula…

Jeśli chodzi o rozwój stylu – naturalna sprawa. Inaczej pisałem mając 18 lat (rany… co to za bzdury były), a inaczej piszę mając 29. Mam za sobą w sumie 12 lat treningu i ciężkie lata, w których zachodzą w facecie największe życiowe zmiany. To musi się odbić, nie ma innej opcji. Mam nadzieję, że to nie koniec rozwoju, bo nadal mam sobie naprawdę sporo do zarzucenia i efekt mojej pracy nie daje mi pełnej satysfakcji. Ciągle chcę więcej i więcej, ale to chyba dobrze… chociaż są czytelnicy, którzy nadal by chcieli na „DL” tekstów jak w 2011 roku… W tamtym czasie byłem bliżej pewnych rzeczy i było inaczej. Nie da się kilkanaście lat pisać tak samo i o tym samym – nie w moim przypadku. Zbyt wiele się zmienia.

TMK: Aby skupić się na pisaniu książki, zawiesiłeś parę miesięcy temu wydawanie papierowej „Drogi Legionisty” (wyszło 20 numerów). Jak długo pisałeś swoją powieść? Czy zapełnianie kolejnych stronic szło Ci lekko, czy też była to ciężka praca? Dużo było poprawek i przekreślonych zdań?

Ł: Prace nad tekstem trwały od 11 lipca 2014 do 12 września 2015, a więc rok i dwa miesiące. W chwili obecnej zostało ogarnięcie tego od strony wizualnej i wydrukowanie. Moja robota jest skończona.

Poprawek trochę było, szczególnie literówek, czy błędów stylistycznych. Na profesjonalną korektę nie ma kasiory, więc męczyłem znajomych – wysyłałem kopie po całym kraju, ale to też składa się na specyfikę podziemnej pisaniny. Masz determinację – wypuścisz projekt. Trzeba się tym jarać, a nie nad tym płakać.

Męki raczej nie było – pisałem wtedy, kiedy miałem na to chęć. Przerwy bywały długie. Najbardziej pracochłonne jest ciągłe wracanie do napisanych stron i składanie tego w ostateczną wersję. Znam tę książkę na pamięć… Mam jej dość…, czas na coś nowego, he he.

TMK: W jakich miejscach i kiedy najlepiej Ci się pisało? Szukałeś gdzieś inspiracji i weny?

Ł: Najbardziej lubię wynająć sobie gdzieś niedrogi pokoik, zabrać tylko to co potrzebne i w takich warunkach działać. Żyjemy w strasznie rozpraszającym świecie. Zbyt wiele bodźców. Niby wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej…, z drugiej strony w domu odbiera się te wszystkie maile, telefony, domofony, chcesz mieć spokój, a okazuje się, że najbliżsi mają do Ciebie akurat dziesiątki spraw. Odjadę 100 km dalej i już „nie mogę nikomu pomóc”, robię sobie dobrą szamę, włączam muzykę, nie mam Internetu i to jest mój mały raj. Taka atmosfera i muzyka najbardziej mnie inspirują, prócz samego życia rzecz jasna. Niestety kwestie finansowe 2pozwalają wyjechać tak może raz na pół roku. Większość materiałów powstaje więc w domu.

Natomiast jeśli miałeś na myśli, w którym miejscu książki najlepiej mi się pisało, heh, to nie było miejsca, które się pod tym względem wybija – najłatwiejszy był zaś trzeci rozdział.

TMK: Pisałeś na komputerze czy ręcznie?

Ł: Większość na komputerze. Pióro i kartki zabieram ze sobą wtedy, kiedy chcę zrobić sobie odpowiedni klimat do jakiegoś fragmentu. Bywa, że mam taką zajawkę…, a w przyszłości chciałbym robić więcej wypadów w nietypowe do pisania miejsca.

Ręcznie pisałem dużo tekstów do zinów, na stacji metra, nad Wisłą, w knajpie, wracając z meczu, czy jeszcze gdzieś indziej. W swoim pokoju nie widzę niczego nowego – cztery ściany, pisanie w miejscu publicznym pozwala na dostrzeżenie czegoś inspirującego, często od niespodziewanej strony.

Najbardziej lubię się tym wszystkim bawić, dodać do typowej podziemnej pisaniny trochę artyzmu – nawet jeśli tego nie widać, tak to powstaje. Dla mnie zin, czy książka to dzieło sztuki – jak dla ultrasa oprawa. Inne podejście do tematu jest mi obce.

TMK: W „Tańcu na linie” czytelnik znajdzie raczej mało opisów awantur czy innych typowo kibolskich akcji. Czytelnicy oczekujący na coś w stylu „Krew na stadionach”, czy „Jestem kibolem” będą być może zawiedzeni. Co prawda tematyka nacjonalistyczna nie zaskoczy tych, którzy znają Twoją dotychczasową twórczość, jednak już mocno uwypuklone wątki religijne mogą być niespodzianką dla wszystkich. Skąd tak wyraźny zwrot w kierunku Boga, kościoła?

Ł: Odpowiedź na pytanie skąd u mnie zwrot w kierunku Boga jest bardzo złożona (polecam m.in. zin „DLA” nr 3), książka jest częścią odpowiedzi, ale wcale nie wyczerpuje wątku. To trudna droga na całe życie.

Może warto podejść do tematu w sposób następujący – prawie każdy z nas krzyczał kiedyś „Bóg, Honor i Ojczyzna!”, albo jego ekipa wieszała nawet takie transparenty, posiada takie flagi, czy szale. Czy niestosownym jest zagłębienie tego tematu? Wszak kibice powinni być dalecy od rzucania pustymi sloganami w stylu polityków. Zapełniam więc tę lukę, zagłębiam używane powszechnie hasła i tyle. „Boże Chroń Fanatyków” – kto nie widział tego arcydzieła? Ruch Chorzów też nawiązał do Boga podczas oprawy urodzinowej ich stadionu. To źle, że ja traktuję tego Boga na poważnie? Jeśli źle, to po co wywieszać hasła, za którymi się nie pójdzie…?

Masz rację, to książka całkiem inna niż te, które dotychczas wyszły, a kibicowanie znajduje się tam głównie w celu pozostawienia bliskiego mi klimatu na kartkach. Skupiam się na klimacie, nie na fabule. Wątek kibicowski jest jakby niedopowiedziany, ale nie stanowi głównego sensu – zauważ, że bohaterzy rozdziału drugiego mogliby mieć dokładnie taki rodowód jak ci z pierwszego, kibicowskiego! Polecam czytelnikowi dryfowanie w tym kierunku i nieodbieranie książki w sposób prosty, bez drugiego dna. Czytajcie między wierszami.

TMK: Czy dobrze rozczytałem pomiędzy wierszami „Tańca na linie”, że troszkę odbijasz od kibicowania, podobnie jak główni bohaterowie powieści?

Ł: Nie odbijam, tylko próbuję rozważać kwestię przemocy w kontekście prawdziwej wiary. Pamiętaj, że decyzje bohatera nie muszą dokładnie pokrywać się z decyzjami autora książki. Ot – zostawiam coś, z czym mogą zmierzyć się osoby krzyczące „Bóg – Honor – Ojczyzna” i używające takich elementów do opraw.

Jeśli wyciągnąłem gdzieś w książce nielogiczny wniosek, proszę czytelników o maile i kulturalną polemikę: drogalegionisty@gmail.com. Będę wdzięczny, bo dużo się nad tym zastanawiam.

TMK: Czyli „Taniec na linie” ma być rozliczeniem z Twoim dotychczasowym życiem, swoistym podsumowaniem, może nawet próbą określenia sensu życia?

Ł: Próbą może i tak…, ale za wcześnie na ostateczne rozliczenia. Zresztą… czy cokolwiek na ziemi jest ostateczne? Pamiętajmy, że dużo tam fikcji oraz typowo książkowego poplątania (nie licząc trzeciego rozdziału) – historie, które pojawiają się na kartkach zostały zasłyszane od różnych osób, bądź zmyślone, czasem przeżyte osobiście…

Wcześniej nazwałeś „Taniec na linie” powieścią, ale charakter powieści ma przecież tylko część książki! Starałem się w jednym projekcie zawrzeć kilka stylów, podobnie jak w moich zinach.

Co z tego wyciągnie czytelnik? Sam jestem ciekaw… Jakie by nie były opinie i refleksje – ta książka musiała być taka i tyle. Zawsze piszę tak, w jakiej jestem aktualnie formie i stanie.

TMK: Co symbolizuje logo zaprezentowane na okładce?

Ł: Jest to (fikcyjne) logo podziemnej organizacji nacjonalistycznej, o której opowiada drugi rozdział książki. W jednym z podrozdziałów będzie ono dokładnie opisane – stanowi część projektu, może więc nie zdradzajmy szczegółów. Projektował je, podobnie jak całą resztę, kolega o ksywce GP – ta sama osoba, która odpowiedzialna jest za wszystkie dotychczasowe okładki „DL”. Z tego miejsca pozdrawiam.

Jak więc widzicie – pisanie, opracowanie graficzne, korektę… dosłownie wszystko robimy sami, niesieni zajawką i chęcią wypuszczenia swojego dziecka w świat. Moment zakończenia prac jest uczuciem niemożliwym do zastąpienia. Tu znów porównałbym to do oprawy meczowej. Chęć tworzenia i przekazania wychodzi z tego samego źródła… Inna jest tylko forma.

TMK: Już paru kibiców przed Tobą napisało w Polsce swoje książki, niektórzy nawet po dwie-trzy. Które najbardziej sobie cenisz?

Ł: Wiesz co – każdą (czytałem wszystko co wyszło po polsku) dobrze mi się czytało. „Jestem Kibolem” oceniam wysoko, włącznie 3z kontrowersyjnym zakończeniem. Co z tego, że wielu je krytykowało? Autor postawił odważną tezę, a faktycznie w takim kierunku (oczywiście w książce było to przesadzone, ale tak to już jest w książkach) wydawał się zmierzać ruch chuligański – przynajmniej ten w Rosji, którym wielu zaczynało się jarać. Myślę, że wielu czytelników ma problem z oddzieleniem świata książki od życia realnego. Może to przez ten Internet?

Wspomnienia Galernika, mimo setek pozornie nudzących szczegółów, cofają człowieka do lat 90tych i bardzo dobrze mi się to czytało. Maluchy, osiedlowe zbiórki, pociągi i przesiadki. Według mnie, bez tych szczegółów to byłaby zupełnie inna książka – już nie to samo!

Dużym wydarzeniem były tłumaczenia angielskich książek – czekam na jeszcze. Super była książka księdza o walce Lechii z komuną… tylko kto, do cholery, projektował im tą fatalną okładkę? Na szczęście wrzucone do środka zdjęcia chłopaków z lat 80tych w chustach rekompensują tą kwestię. Czymś innym, na swój sposób wyjątkowym, była książeczka fana Hutnika Nowa Huta!

Ogólnie, czym większa różnorodność – tym lepiej. Sam wyszedłem z takiego założenia i jestem pewien, że takiego połączenia jak w „Tańcu na linie” jeszcze nie było. Nie tylko w Polsce… Chcę ryzykować, chcę robić swoje. Pierdolę standardy – tak jak w życiu, tak i w twórczości.

TMK: Młody chłopak, osiedlowy rozrabiaka, chuligan w groźnej bluzie z kapturem, widziany zawsze tam, gdzie dzieje się jakaś draka – ktoś, kogo zwykli mieszkańcy bloku omijają z mieszaniną pogardy i obawy. Wyrośliśmy w tych klimatach, w takim środowisku i sami najlepiej wiemy, że to jednak nie samo „zło wcielone”. Jakie pozytywne cechy Ty dostrzegasz w „młodych gniewnych” z polskich stadionów i blokowisk? Czego takiemu małolatowi potrzeba, aby wyrósł z niego wartościowy człowiek, a nie patol spod znaku dopalaczy? Czy uważasz, że stadion dobrze kształtuje młodych ludzi?

Ł: Młodzi gniewni przede wszystkim są trudni do sterowania i nie dostosują się do żadnych ram. A ramy otoczone są drutem kolczastym – nie chcą byśmy za nie wychodzili. Kibole forsują te płoty. To dlatego tak nas nienawidzą.

Dobrze, że istnieją ludzie niepokorni, którzy z jednej strony nie raz zdenerwują szarego Kowalskiego, ale z drugiej… mogą uratować mu dupę! Bieganie po ulicach i skakanie po stadionowych płotach, unikanie konsekwencji i wieczne kombinowanie rozwijają człowieka w taki sposób, w jaki skorumpowany System niekoniecznie by sobie życzył. Na trybunach uczysz się przejmować losem innego, brata. Dlatego Polacy… kochajcie miejscowych urwisów!

Z drugiej strony dzieciak wychowujący się na stadionie… tańczy na linie i może spaść w różne strony. Może kiedyś uratować ten kraj, może stać się sportowcem i przykładem dla innych, a może pochłonąć go również obecna w tych klimatach zabawa (m.in. narkotyki), lub interesy. Czasami jedna osoba przechodzi przez wszystkie te etapy! Może upaść, może wznieść się na wyżyny. Główne przesłanie (ekipy, hasła na flagach itd.) jest jednak takie żeby godnie reprezentować, żeby trzymać poziom. Jest punkt odniesienia. Dlatego ta subkultura jest dla mnie pozytywna i jest prawdziwą szkołą życia.

A że nie jest idealnie? A przepraszam, kiedy będzie? Kiedy będę klakierem Systemu? Sorry, nie dam się – tak jak i pozostali kibice – na to nabrać…

By nie wplątać się po drodze w jakiś syf będzie potrzebna odrobina wyobraźni oraz silnej woli. Nie bez znaczenia jest poczucie własnej wartości – by nie musieć się popisywać i stale czegoś udowadniać za wszelką cenę i kosztem innych – tych niewinnych. Warto mimo wszystko mieć umiejętność powiedzenia sobie „stop”.

TMK: Polska polityka – czy są jakieś partie polityczne, z którymi sympatyzujesz? Czy nie uważasz, że świat polityki to wielkie bagno?

Ł: Uważam – dlatego ultrasi, mimo że są w znacznej mierze nacjonalistami (jeśli chodzi o nasz kraj), zawsze powinni być z dala od JAKIEJKOLWIEK (oficjalnej!) polityki. Polityk-nacjonalista też będzie chciał „zaprowadzać spokój” i stadiony również by protestowały przeciwko takiej władzy – może jedynie z pominięciem światopoglądowego kontekstu. Ultras to człowiek niepokorny i niegrzeczny – w żadnej partii nie ma miejsca na ultra ideały!

Nigdy (i nie boję się tego słowa w tym kontekście) nie będę członkiem żadnej partii, ale najbliżej mi światopoglądowo do Narodowego Odrodzenia Polski – mają ciekawy, kontrrewolucyjny i stały program. Tyle, że (niestety) słabo obecnie działają. Pewnie dużym problemem jest brak kasy i oddanych ludzi. Uważam się za autonomicznego nacjonalistę – za nacjonalistę bez oficjalnej przynależności. Jest nas więcej. Wbijcie na autonom.pl.

Spoza Polski podoba mi się CasaPound Italia (kimałem na ich squacie – wolnym od kibicowskich klimatów, przed Lazio-Legia), a także grecki Złoty Świt (trzecia siła miejscowego parlamentu!). Z jednej strony partie polityczne, z drugiej kaski motocyklowe i brechy. Jest klimat…

TMK: Od lat jesteś uczestnikiem listopadowych Marszów Niepodległości. Z perspektywy tych paru lat – co sądzisz o wzniecaniu awantur przy tego typu okazjach? Z tego co pamiętam, wyrażałeś na ten temat inne opinie niż nasze redakcyjne, publikowane na łamach „TMK”. Nawet trochę prywatnie polemizowaliśmy na ten temat…

Ł: Inna była, moim zdaniem, awantura w 2011, 2012, a także 2013 roku (squat anarchistów, ten wątek też będzie w książce!), a inna w 2014! Coś się zmienia na gorsze.., robi się to zbyt przewidywalne i skupia coraz więcej patologii. Nie można tu stawiać znaku równości, bo inne były nastroje w 2011 roku, kiedy naród budził się z pewnego, hm, „patriotycznego letargu”, a inne są 4teraz, kiedy Ruch Narodowy okazał się (ależ niespodzianka…) totalną klapą.

Tym niemniej – widzę plusy, bo małolaci, a nawet część tej patologii, ma okazję sprawdzić się z policją w warunkach realnej walki miejskiej. Brzmi brutalnie, ale doświadczenia i orientacja w tego typu bieganinie mogą się przydać, pomijając cały bałagan medialny. Myślicie, że Ruch Narodowy wygrałby, albo zyskałby na sile, gdyby 11.11 był spokój? Gówno prawda, RN to przede wszystkim fatalnie zarządzany politycznie projekt, bez przyszłości.

Lepszym rozwiązaniem byłoby przeniesienie awanturniczego nastroju z 11 listopada na protesty przeciwko konkretnym aferom związanym z politykami, ustawami i podwyżkami. Wtedy poparcie publiczne by rosło!

Myślę (decyzji jeszcze nie podjąłem) nad pojechaniem 11 listopada do Wrocławia, przerwałbym tym samym obecność na Marszach Niepodległości od 2007 roku. Niestety – w Warszawie zatarł się przekaz nacjonalistyczny, a stołeczne awantury mają coraz mniej sensu (co nie znaczy, że zawsze miały!), jako stały uczestnik po prostu czuję, że robi się lipa. Alternatywą może być wspólny blok ludzi, którzy mają prawdziwie antysystemowe poglądy, blok autonomicznych nacjonalistów. „Manifestacja w manifestacji” mogłaby uratować sens warszawskiego Marszu i wtedy bym pewnie został w Stolicy. Czas pokaże, został miesiąc…

W kontekście wymienionych tu plusów awantur chciałbym Wizualizacjazaznaczyć, że warto mieć oczy dookoła głowy i znać wagę ryzyka dymienia na Marszu. Czasami szkoda małolata, który w oparach medialnego przyzwolenia, miałby trafić do aresztu za pierdołę. Sami podejmujecie decyzję. Oby na trzeźwo…

TMK: Gdzie będzie można kupić Twoją książkę? Wydajesz ją sam, czy współdziałasz z jakimś wydawnictwem?  

Ł: Wchodźcie regularnie na drogalegionisty.pl – wtedy na pewno nie przegapicie premiery. Będzie można zamawiać ją przez Internet. Zapewne trafi też do kilku kibicowskich sklepów. „Taniec na linie” ma wydrukować Instytut Norwida – wydawnictwo związane z nacjonalistami.

TMK: Zrealizowałeś swoje ambicje i Twoje dzieło za chwilę ujrzy światło dzienne, to na pewno wielka chwila dla Ciebie. Zapytam jednak co dalej? Powracasz do „Drogi Legionisty”, czy masz inne plany?

Ł: Na pewno wydam zina, na pewno też nie jest to moja jedyna i ostatnia książka. Mam nadzieję, że dopiero zaczynam. Plany? Chcę wydawać na papierze i mam nadzieję, że znajdzie to nowych odbiorców.

Na facebookowe profile nie mogę patrzeć, więc na pewno nie mam w planach zakładania „fan paga”. „Droga Legionisty” jest chyba ostatnim projektem, którego nie znajdziesz na portalach społecznościowych! Jeśli coś takiego znajdziecie – jest fałszywe. „Dasz mi lajka” kupując moje projekty!

TMK: Dzięki za rozmowę, życzę tysięcy sprzedanych egzemplarzy!

Ł: Dzięki. Jak pójdzie 500 to już będę szczęśliwy. Mam zamiar opłacić sobie za to część ślubu. Taka jest misja i takie jest ryzyko, bo termin już zaklepany. Kto ma jednak ryzykować, jeśli nie kibic? Reszta zależy od Was. Pozdrawiam wszystkich twórców. Książek, muzyki, opraw meczowych… Pamiętajcie, że słowo to coś więcej niż facebookowa relacja.

rozmawiał: Jawor/”TMK” (październik 2015)

wywiad ukazał się w miesięczniku „To My Kibice” (październik 2015)