16.11.15 Recenzja „Tańca na linie” na blogu „Życie kibica”.

Książkę „Taniec na linie” zakupiłem w przedsprzedaży. Miała dotrzeć w okolicach 11 listopada, ale już dzień wcześniej zapukał do mnie listonosz i wręczył kopertę. Spodziewałem się kilku przesyłek, ale od razu wiedziałem, że to ta właściwa. Moje przekonanie wzięło się z brązowej, lekko pożółkłej koperty. Nikt już takich nie używa, ale one idealnie oddają podziemną twórczość Łukasza Growera. Oczywiście książka została wydana oficjalnie, posiada numer ISBN, ale sam autor jest bardzo mocno związany z pisaniem poza oficjalnym obiegiem. Wydawał swoje ziny, a znany był jako „Ł.”, „DL”, „Łukasz”, aż wreszcie przyszedł czas na „oficjalność” i podanie nazwiska.

Łukasza znam od lat, choć… nigdy nie mieliśmy okazji zobaczyć się na żywo. Jego ziny zacząłem czytać od mniej więcej dziesiątego numeru. Czasem były zawieszane, następnie reaktywowane, zmieniały się nazwy i regularność wydawania, ale zakupiłem chyba wszystko co wyszło spod jego pióra od momentu, w którym pierwszy raz miałem styczność z jego twórczością. Bywały numery Wwiercamy się w mozgilepsze i gorsze, teksty z którymi się zgadzałem i które mnie odrzucały – nigdy jednak nie zwątpiłem w sens wspierania (poprzez kupowanie zinów) autora. Jesteśmy praktycznie rówieśnikami, nasze poglądy ewoluowały w podobnym czasie i kierunku. Dziś zastanawiałem się nawet czy to razem dochodziliśmy do takich samych wniosków, czy może felietony Łukasza mnie w pewien sposób ukształtowały. Wymieniliśmy między sobą kilka maili, wiadomości na Twitterze (gdy posiadał tam jeszcze konto), a także pisaliśmy na GG (he, he totalna prehistoria). Moje teksty kilka razy znalazły się w zinach oraz na stronie, gdy Łukasz szukał opinii na dany temat wśród swoich czytelników. Udało mi się nawet zwyciężyć w konkursie na najlepszy tekst, w którym do wygrania była bluza sygnowana marką stworzoną przez autora, czyli DTSP (Dodajemy Tlenu Skrajnej Prawicy). Łukasza podziwiam za to, że od wielu lat tworzy „coś” materialnego, namacalnego. Ja niestety często przegrywałem z lenistwem i nie spisywałem swoich przemyśleń. A nawet gdy spisałem, to nie potrafiłem potem stworzyć z tego czegoś więcej – książki, zina, blogu. Oczywiście napisałem wiele tekstów i felietonów na strony internetowe oraz do gazet. Byłem także składającym ziny. Nigdy nie udało mi się jednak stworzyć, od początku do końca, czegoś swojego.

Autor jakiś czas temu zdradził, że książka będzie składać się z trzech rozdziałów. Pierwszy miał dotyczyć kibicowania, drugi działalności patriotycznej z mocnym uwzględnieniem wartości chrześcijańskich, a trzeci ogólnego rozmyślania nad życiem. Byłem pewny, że do gustu najbardziej przypadnie mi część pierwsza, a najmniej druga. Rzeczywistość okazała się inna. Druga część, o działalności Polonicus Crux, to dla mnie najlepsze co można znaleźć w tej książce. Szybka, wartka akcja z zaskakującym, ale i dającym do myślenia zakończeniem. Widzę tutaj potencjał na kolejną książkę, która rozszerzyłaby poruszane wątki. Na drugim miejscu stawiam trzeci rozdział. Przed przeczytaniem książki martwiłem się, że może on być typową zapchaj dziurą na podbicie ilości stron, ale tak nie jest. Miesza się tam wiele wątków, ale tak naprawdę Łukasz pisze o jednym i tym samym, czyli życiu. Krótkie historyjki i felietony tam zawarte tworzą ciekawą całość. Autor jest trenerem sztuk walki, dużo mówi o wychowawczej roli i byciu drogowskazem dla dzieci i młodzieży. Jest mi to bardzo bliskie, bo od kilkunastu lat jestem związany z branżą edukacyjną. Kapitalny jest opis kuszącego przycisku „Enter” – zrozumie każdy kto kiedykolwiek coś napisał. Najsłabiej oceniam rozdział pierwszy dotyczący kibicowania. Nie jest banalny, nie jest sztuczny, ale dla osoby, która siedzi w tym bardzo mocno nie będzie w nim raczej nic ciekawego i odkrywczego. Standardowa historia kibicowskiego fanatyka. Dla osób z zewnątrz będzie to jednak dobre wprowadzenie w nasz klimat, ale ja znajduję się w tym od lat, więc za każdym razem we wszystkich książkach brakuje mi tego „czegoś”. Strzelam jednak, że np. zawodowi żołnierze też są często rozczarowani książkami, w których pisarze opisują ich perypetie. Na koniec zaznaczę jeszcze raz – „najsłabiej” nie znaczy słabo. Po prostu jest to dla mnie najsłabsza część książki, ale nie jest ona zła.

Bałem się dwóch rzeczy przed przeczytaniem książki. Po pierwsze, że okaże się słaba lub mocno średnia, tak jak większość około kibicowskich pozycji, które zostały wydane w Polsce. Z godnych polecenia na myśl przychodzą mi jedynie „Pamiętnik kibica” Romana Zielińskiego oraz praktycznie biograficzny „Z pamiętnika Galernika” Artura eR (niedługo wrzucę recenzję drugiej części). Niezła jest też „Sieć” Michała Buczaka, ale on „zaskoczył” dopiero za trzecim razem, bo dwie pierwsze jego pozycje były na niezbyt wysokim poziomie. Cała reszta książek jakie przeczytałem była średnia, ale pod tym względem mam bardzo duże wymagania. Łukaszowi kibicuję od lat i tym bardziej bałem się, że może wpaść (np. przez pośpiech) w przeciętniactwo, które byłoby bardzo niesprawiedliwe patrząc na cały jego pisarski dorobek. Zastanawiałem się nawet czy nie zastosować jakieś taryfy ulgowej, takiej po „starej” znajomości, ale sam bym tego nie chciał, więc postanowiłem sobie, że jak będzie kompletnie do kitu, to po prostu nic nie napiszę. Książka jest jednak dla mnie bardzo dobra i z całą odpowiedzialnością stawiam ją na równi z wymienionymi wcześniej. Nie jestem w stanie ustalić czy jest lepsza, czy gorsza od tamtych książek, bo są one kompletnie różne. Na pewno jednak w niczym im nie ustępuje. Obawiałem się także, że autorowi nie uda się przejść z podziemia na „salony”. Martwiłem się, że może zbyt często nawiązywać do swoich tekstów z lat poprzednich, które przeczytało czasem tylko kilkadziesiąt osób. W drugą stronę obawiałem się także, że ja (będący z Łukaszem od lat) zanudzę się, bo w swojej pierwszej książce zrobi streszczenie nieoficjalnej twórczości. Na szczęście świetnie z tego wybrnął. Ktoś kto pierwszy raz sięgnie po twórczość Łukasza spokojnie zrozumie wszystko. Natomiast ja znający prawie pełny dorobek autora byłem w stanie znaleźć miejsca, w których bardzo luźno odwołuje się do tego co już kiedyś napisał – puszcza takie „oczko” do wiernych czytelników.

Dostrzegam jeden minus, który niestety mają wszystkie dobre książki – czyta się je zbyt szybko. Trochę jak z wagą – brzuch rośnie w miesiąc, a zrzuca się go w rok, tak tutaj autor nad książką spędził pewnie wiele miesięcy (jeśli nie lat), a my przetrawiamy ją w jeden dzień. Warto jednak to zrobić, bo „Taniec na linie” jest ciekawy i dodaje świeżości ubogiej scenie książek napisanych przez polskich kibiców. Liczę na kolejne oficjalne i nieoficjalne pozycje spod pióra Łukasza Growera, ale szczególnie mam nadzieję na długą, parusetstronicową książkę o Polonicus Crux.

www.zyciekibica.pl/2015/11/11/wciagajaca-historia-polonicus-crux