27.11.15 Trzeci opublikowany fragment książki „Taniec na linie” (2015).

(…) Ile to już razy pogrążał się w długich dialogach wewnętrznych, będąc po drugiej stronie liny, mających tłumaczyć prosty fakt: strach przed porażką! Nie przed siniakami, przed porażką, która mogłaby go skompromitować na oczach kibicujących kumpli i dziewczyny. To jednak nie to samo, co zbiorowa awantura kibicowska, tutaj jesteś tylko Ty, przeciwnik i widzowie dookoła, co drugi z aparatem. Myśląc o tym po raz pierwszy zrozumiał jaki stres i presję czują czasem piłkarze, przez chwilę nawet miał wyrzut sumienia, że ich nie raz za niewytrzymanie tej presji wyzywał.

ZAMÓW KSIĄŻKĘ: LINK Z INFEM !

– Z drugiej strony, zarabiają chuje kupę kasy, łaski nie robią – podsumował rozterki.

Trwały te dialogi wewnętrzne i trwały, a leń i strach podpowiadały nawzajem najwymyślniejsze argumenty mające dowieść, że mają rację. Aż wracała nagle, pod wpływem nagłego impulsu, fala ponownej fascynacji sportową rywalizacją, która wreszcie odganiała złe demony. Zacisnął zęby i chwycił za telefon.

– No siemasz. Ty, ja jadę też na ten turniej, co nawijałeś. Czas się ponapierdalać…

I wtedy z miną psychola, niczym za dzieciaka przed telewizorem po strzelonej przez jego klub bramce, krzyczał przed lustrem:

– Taaaak jest, kurwa! – a życie ponownie nabrało powiewu świeżości. To uczucie! Nie przed, nie podczas, ale po walce. Ono jest najwięcej warte – mówił sam do siebie. Co nie znaczyło oczywiście, że pozostałe uczucia były dla niego bezwartościowe…

Wiele razy bał się decyzji o wzięciu udziału w turnieju, bo wiedział, co to oznacza. Dieta, więcej treningów, zrobienie badań, skupienie się na TaniecRacawszystkich sprawach związanych z wyjazdem, które trzeba było pogodzić z dorosłym życiem. Ale patrzył wstecz i nie żałował żadnego z pięciu turniejów, w których dotychczas brał udział. A skoro nie żałował – to była siła, by wejść w kolejne sportowe zobowiązania…

– Przynajmniej mam co wspominać – mówił do siebie robiąc przysiady, a potem grzbiety. Treningi, turnieje, mecze, ustawki, koncerty, osiedlowe awantury, życie pełnią życia. Co mi z tego, że będę grzeczny i potulnie tkwiący w swoim kącie? Świat należy do odważnych – powtarzaniem w głowie sloganów motywował się do cięższej pracy. Gdy jestem przed walką na zawodach, to tak jakbym tańczył na linie. Chwieję się pomiędzy strachem i euforią, mogę zarówno dojść szczęśliwie jak i upaść. Spadnę tylko wtedy, gdy przez porażkę z samym sobą odpuszczę start. Nie ma tu miejsca na strach!

Dwa miesiące przed swoim turniejem chodził wiecznie zły z powodu diety i nadmiaru treningów. Kobieta marudziła, ale widziały gały, co brały…

– Chcesz mieć ulicznego wojownika i w ogóle wojownika? Musisz znosić jego przedstartowe humorki. – krzyczał w odpowiedzi…

– Niby człowiek napierdalał się już tyle razy, ale zawsze jakiś mały strach go obleci i podpowiada różne zbędne głupoty: a jak nie wyjdzie, a jak będzie zły dzień? Bla, bla, bla…

Krzyknął do swych myśli krótkie:

– Jebać!

I włączył odpowiednią muzykę do przygotowań w domu.

– To co tu mamy…? Hold Fast, może być…

Robiąc pompki i słuchając mocnego hatecore, przypomniał sobie drogę jaką przeszedł na osiedlu, od wyjazdowego żula do zostania – nie tylko stadionowym – sportowcem… Na twarzy pojawił się wyraz zadowolenia.

Zmotywowali go, a jakże, starsi koledzy z chuliganki. Do dzisiaj dokładnie pamięta ten dzwonek do drzwi. Było gorące lato, około godziny 12:00. Zdziwiony ujrzał przez wizjer wiodące postacie ze swojego osiedla. Bez słowa powitania zaczęli swój monolog. Konwersacja nie należała do zbyt przyjemnych, a słowa do zbyt wyszukanych…

– Kurwa, wy jebane dziwolągi! – był sam, ale dostało mu się za wszystkich ziomków z ulicy, czuł jak chwieje się lina, na której stoi. Na wina to macie, a żeby coś odłożyć i na treningi iść to nic? Co się tak gapisz jak idiota dziwolągu, najebany po osiedlu chodzisz, a na busa nie miałeś na ostatni wyjazd?

W ten oto romantyczny sposób trafili na treningi kickboxingu, a że każdy z nich lubił wtedy wypić i zapalić coś zielonego to już rozgrzewka wydała się piekłem, które mocno parzyło w tyłek. Myśleli, że wyplują płuca, ale świadomość chwalenia się „byciem fighterem”, jak ci w bluzach Pit Bulla z pamiętnej ucieczki z domu, pozwoliła dotrwać do jakże szczęśliwego końca.

Na treningu młodej grupy było kilku starych chuliganów, którzy naturalnie wytrwali ćwiczenia i z politowaniem patrzyli na nowy narybek, który na czworaka wszedł do tramwaju. Oni jednak czuli się jak mistrzowie i wydawali się bardzo zadowoleni ze swego wyczynu. Poczucie zażenowania starszyzny wzbudził dodatkowo fakt, że toczyli głośną konwersację na temat zakupu najnowszych bluz kojarzonych na osiedlach z chuliganką, jakby ten jeden trening, który ledwo przetrwali, zmieniał ich na zawsze.

– Ja pierdolę, oni nie jadą ze mną. – członkowie bojówki usiedli na samym przedzie pojazdu i odwrócili głowy.

Z czasem wiedza na temat uprawiania sportu rosła i stwierdzili niemal zgodnie, że melanż nie jest najlepszym pomysłem na życie. Ich umiejętności wzrastały, charakter się wyrabiał, a tego typu dzwonków do drzwi już nie było, lina uspokoiła się.

Ogarniali się, zdając sobie sprawę ze swej niedawnej głupoty. Teraz to oni biegali za dzieciakami z kolejnego pokolenia i motywowali ich do zajęć. Nie było to tak trudne zadanie jak kiedyś – dzisiejsza chuliganka jest już tak związana ze sportami walki, że to wręcz oczywiste i młodzi chętniej się garną.

Przypomniał sobie pierwszy świadomy kryzys w ich ekipie lata temu. Starsi postanowili wtedy zebrać wszystkich potencjalnych młodych, których znali (w tym jego) i wiedzieli, że przejawiają chociażby jako takie chęci do walki za swój klub. Ustalono datę i godzinę zbiórki, na którą prócz starych stawiło się jednak tylko piętnastu małolatów.

– Ja pierdolę, jak patrzę kogo my tu mamy to nie widzę tego jakoś – jeden ze starych, ten sam który do niego kiedyś przyszedł, jak zwykle się nie patyczkował i surowo oceniał młody narybek stojąc tuż przed nim.

Młodzi spojrzeli po sobie z delikatnym strachem w oczach. Wiedzieli, że stoją naprzeciwko nie byle kogo – ludzi – legend, którzy od wielu lat biją się za święte barwy. Nie mieli odwagi, by zaprotestować, czekali tylko na polecenia swych autorytetów. W końcu przemówił inny osobnik z chuliganki, cieszący się dużym posłuchem.

– Panowie, nie oszukujmy się, do naszej ekipy wdarł się kryzys. Musicie ćwiczyć, musicie jeździć i pomóc wkręcać nowych żebyśmy stworzyli chociaż jakąś zbieraninę, która może odbudować to wszystko, co zbudowało poprzednie pokolenie. Starzy już tak nie mogą, w chuj osób powyjeżdżało za chlebem, trochę siedzi – weźcie do ciężkiej cholery na swoje barki chociaż trochę odpowiedzialności.

Część młodych rozumiała, a część udawała, że rozumie – potem reszta im przetłumaczyła, co właściwie mają robić. Wiek mieli taki, że myśleli głównie o imprezach, meczach i dziewczynach, a reszta jeszcze nie była tak oczywista.

Ale ostatecznie, gdy upłynęło kilka lat – zbieranina dała radę… Znów byli silni! Leciał rok za rokiem, sezon za sezonem…(…).

Łukasz Grower

fragment książki „Taniec na linie” (2015)

Pierwszy opublikowany fragment: http://drogalegionisty.pl/?p=11122425

Drugi opublikowany fragment: http://drogalegionisty.pl/?p=11123297#more-11123297

(rozdziały publikowane „chaotycznie”, nie jeden po drugim)