29.01.16 „Autobusowi chuligani”. Burgess za głowę się łapie…

MlekoMoże przykładem nacjonalisty-katolika Alex (na zdjęciu trzeci od Waszej lewej) nie był, he he, ale przynajmniej… lubił mleko, był więc inspiracją dla umacniającego się wtedy we mnie abstynenta. Naiwny…, nie wiedziałem jeszcze, co to syntetyczna meskalina, tudzież drenkrom („jakiś narkotyk”), ups. Żylety w mleku z dobawką już cięły jak trza i w ogóle horror szoł, mawiał Alex. Abstynent z… Żylety był zatem za sprawą książki w niebo wzięty. Wracam do niej chętnie, ostatnio kupiłem za grosze nowe wydanie (VII), a film obejrzałem chyba dziesiąty raz. Ciekawsze to niż wszechobecne pieprzenie o końcu demokracji.

Dla głupka to jest durne, a dla chuligana z odrobiną smaku, koledzy kibice, ma to klimat! Bicie, mleko, muzyka klasyczna, specyficzny styl… Naprawdę nigdy się nie dziwiłem dlaczego skinheadzi i kibole przyjęli symbolikę „Clockwork Orange”, o której „TMK” pisało w pierwszych latach ukazywania się miesięcznika.

A i morał z tego brytyjskiego tytułu pewien wypływa, co mnie cieszy jako dojrzałego już chłoptasia (oraz wspomnianego nacjonalistę-katola), bo droga Alexowa faktycznie bywała śliska…

Do czego jednak zmierzam.

Być sobie takim, o, patologiem, co to bezmyślnie rozwala i bluzga na lewo i prawo w obrzyganej koszulce, to mało ciekawe – chuligan powinien mieć „to coś”, coś specyficznego. Bić i rozwalać z pewnym wyczuciem. Anthony Burgess uczynił ze swoich chuliganów artystów, za co serdecznie dziękuję, bo lansowany przez media i „przemysł kiepsko-filmowy” wieśniak, który nie potrafi się wysłowić jakoś mnie nie pociągał stylowo. Tak jak mafia ma swoje powiedzonka, postacie, klasę i styl – tak też biegające po podwórkach rzezimieszki (nie mylić z żulernią) powinny.

Pamiętajcie o tym kibole, gdy jedziecie na mecz komunikacją miejską. Nie trzeba być grzecznym, ale można być niegrzecznym i równocześnie mieć styl, jasne? Głębokie nie oznacza koniecznie używania trudnych słów. Coś może być głębokie nawet za sprawą najprostszej polszczyzny – chodzi o treść przekazu. Amfetamina. Mogę – zainspirowany Fiszem – napisać, że ze związanymi rękoma wizualizuję ją sobie wyobraźnią i mam wiele ścieżek gorzkich wspomnień po niej. Głębokich wspomnień. O, widzicie – piszę ładnie o czymś groźnym! Podobnie niegrzeczny chłopak nierówna się burak, mimo że pozornie wandal i nic pięknego o nim powiedzieć nie można. Oczywiste? Udowodnijcie to…

Dawno nie jechałem na mecz autobusem, co zdarzyło mi się w grudniu i uświadomiłem sobie ponownie, że nie bez powodu „kumaci jeżdżą samochodami”, heh. Wiadomo, cała „stara szkoła” przechodziła przez etap autobusowy, ale… ona tam była, więc i miał kto tupnąć nogą. Teraz, niestety, ma się często wrażenie, że w komunikacji miejskiej robi się Woodstock i to wśród tych, którzy Woodstockowiczów ganiają.

Bynajmniej nie chodzi mi o to, by tworzyła się szopka bożonarodzeniowa, ale jak wspomniałem – trochę wyczucia, stylu, tego nie powinno brakować kibolom, elicie ulicznych buntowników XXI wieku (?).

I nie chodzi tu też o „kurwa”, tylko jak te „kurwa” i odnośnie czego jest wypowiadane. Nie chodzi wreszcie o to, by jak Alex gwałcić kobiety (pasażerki) na oczach mężów, ale… by być „jakimś”. Kimś więcej, a nie kimś mniej niż „oni” (ta cała reszta przechodniów…).

To na tyle… – I utopił ryło w stakanie z mlekiem. Tyle, że bez syntetycznej meskaliny…

Łukasz Grower

tekst ukazał się w magazynie „TMK” (nr.172, styczeń 2016)