11.04.16 „Skazany na ten młyn”. Na trzy zmiany.

mlyn wiatrowyMyślałem, bałem się, że gdy sam przestanę startować, a zacznę wystawiać swoje kurczaki (dzieciaki) – „ta adrenalina” zniknie. Nic bardziej mylnego! Teraz serce bije razy dziesięć, w zależności od liczby startów. Na barkach mam nie tylko chwiejną psychikę każdego dzieciaka, ale jeszcze (przede wszystkim!) ich rodziców, którzy sądzą, że tylko oni mają świętą rację. Piski, wrzaski, płacze, kryzysy. Wracam wykręcony jak po dwunastce na budowie (tak, mam porównanie z doświadczenia). W każdym razie kolejne batalie stoczone! Na rozgrzewce przeciwniczka wymiatała, a do tego miała bardzo pewny wyraz twarzy. Zamknąłem się w kiblu i strzeliłem solidnego klocka – dokładnie jak przed swoim startem, myśląc o tym jak przekonać tą moją, że jest lepsza. Logiczne argumenty się kończyły, wcisnąłem spłuczkę. Podskórnie czułem, że tylko cud może spowodować naszą wygraną. Trzy godziny czekania na bitwę, trzy godziny pracy nad flow i wiedzą z zakresu psychologii. Oczywiście zawody są dla mnie „za darmo” (tzn. dopłacam do radości czyichś dzieci, lub do zbierania opierdolu).

Wynik? Plecy…, ale takie z twarzą, uff. Kiedyś już rzucałem ręcznik, bo mi dzieciak pękł, teraz walczyliśmy (z tym samym dzieciakiem) do końca. Jest postęp. Pierwsza zmiana skończona.

Na drugiej matka (matki, ojcowie, ciotki…) będzie mnie zasypywała gradem pytań dlaczego tak, a nie inaczej. Jak wiadomo, każda mama chce jak najlepiej dla swojego dziecka, więc argument, że młody ma psychę jak Andrzej Gołota w chwilach największych kryzysów, nie jest zbyt radośnie odbierany. Mimo, że to prawda.

Trzecia zmiana jest w nocy. To co tworzę – projekty, zawodnicy…, to WYP3ja. Śnią mi się zatem koszmarnie… niedokończone książki, obite mordy, płacz matek, nerwy ojców i ojczymów. Kolejny poniedziałek zacząłem niewyspany, przebudzony przed wschodem słońca. Emocje jeszcze nie opadły, a tu trzeba za chlebem powszednim i własną kondycją gonić. Jestem panem swego czasu, a mam wory pod oczami jak dziad kręcący betoniarką. Przestanę startować i zniknie adrenalina? Jasne…

Jest dobrze Grower! Zawodnicy zaczną wymiatać. Książka się skończy, nawet jak nie każdemu przypasi. S.King porównywał pomyłki pisarza do projektantów Titanica. Też miał być niezatapialny. Kto nie ryzykuje – nie pije szampana. Powiedzcie to tym, którzy na nim płynęli, wiem, wiem, heh – ale Wy co najwyżej stracicie trzy dychy… Zawodnicy najwyżej będą mieli kilka obtarć. Każdy jednak płynie w kierunku swojej, potencjalnej góry lodowej.

Aaaaha. Po drodze na zawody, jak zwykle, są historyjki. I jest coś, co musi zdenerwować.

Ustawiałem się „po godzinach” z jednym trenującym u mnie chłopakiem, poświęcając swój prywatny czas, za darmo, bo miał braki, które musiał nadrobić. On po prostu nie chciał ćwiczyć, ale jak przyszło co do czego – obsrał się i ustawiał na moją sugestię. Dorośli ludzie zajęci są „poważnymi sprawami”, a ja biegałem z tym małym debilem po lesie z własnej inicjatywy, chęci, wiary w jego zmianę. Chciałem go podciągnąć! Dał radę!

Niestety, na późniejszych treningach znowu bardzo przeszkadzał, ściemniał i nie dopuściłem go do kolejnego wydarzenia. Zrezygnował z treningów.

Jakiś czas później babcia tego chłopaka spotkała jedną z zaprzyjaźnionych ze mną matek i nagadała jej (a ta mi w busie), że jestem psycholem, nie mam podejścia do dzieci, bo ich nie mam. „On tylko dwa razy przeszkadzał, a ten go nie dopuścił!”, a że jeszcze nie mam dzieciaka – argument gotowy. Powiedziała jeszcze, że „nie mam indywidualnego podejścia”.  Cóż…, zapomniała już leśne maratony i długie rozmowy z jej wnuczkiem, nie zastanowiła się nad jego patologicznym zachowaniem. Pewnie pamiętacie, że pracowałem z patologicznymi dzieciakami i współpracowało nam się nieźle. Ten był takim oszołomem, że przebił ich wszystkich…

Jak łatwo ludziom oceniać, przekreślić Waszą robotę, zrobić z Waszego sumienia zachmurzone niebo pełne piorunów. Sorry babuniu, ale mówiąc moja wina, moja wina…, akurat tego gościa nie miałem na myśli.

Sprawa jest tak prosta, że aż trudna. Gdyby zacisnął zęby, pracował, zmieniłby się na lepsze. Ja od tego jestem. Od podciągania do góry, nie od brania kasy i cieszenia się, że mam ciecia jako podopiecznego. Jestem od nerwów i strzelania kloców myśląc nad taktyką, nie od mienia wszystkiego w dupie. Jestem od zarwanych nocek po to by tekst i książka do kogoś trafiła. Wtedy – tylko wtedy – sukces jest pełny. Warto to robić, bo każdy ma szanse…

Nie wiem, czy ktoś to kiedyś doceni…

To co robię ja mam w głowie – nie w kieszeni…

Jeśli ja się zmieniam – każdy człowiek się zmieni!

KAŻDY CZŁOWIEK SIĘ ZMIENI!

Łukasz Grower