1.06.16 Waldemar Pernach: Moje refleksje po „Tańcu na linie”.

Ten zapis nie nadaje się na recenzję, to trzeba czytać i starać się przeżywać wraz z Autorem, śledzić jego sposób rozumowania i postępowania. Stąd można wysnuć wiele refleksji i co najwyżej wypowiedzieć się polemicznie. KIEDYŚ było tak; kiedyś, to w latach pięćdziesiątych w Warszawie i moim Bródnie były bandy, były bijatyki i była złodziejka. Łomot się dostawało lub dawało frajerom, którzy przychodzili do naszych dziewczyn. Łomot można było dostać za wejście na czyjeś terytorium. Pisałem o tym w mojej książce „Wzorowy Pacjent” (pacjent, to wtedy frajer, obcy). Delikwenci wyzywali się tak; ty ofiaro pękniętego kondoma, wypierdku mamuci, palcem robiony itp. Dalsze inwektywy zależały od osobistej inwencji. Jak kogoś zatykało, to słyszał; nie masz na to odpowiedzi, bo ci taaaki w gębie siedzi. Riposta; a ja sobie z tym poradze sobie wyjme tobie wsadze itp.

Do takiej szermierki, potrzebna była fantazja, refleks i sprawność języka, coś jak teraz w rapie. Na przekleństwo trzeba było „zasłużyć”. Mięchem obrzucało się gościa, żeby jego obrazić. Po tym zostawało tylko mordobicie, jako ostatnia faza konfrontacji. Tak było między łobuzami. Postronni, zwłaszcza sąsiedzi byli nieruszani, ba, nawet chronieni.

TERAZ przekleństwo straciło swą moc, bo zostało zawłaszczone przez pospólstwo, wliczając w to i polityków. Słowo „kurwa” straciło emocjonalną moc obrazy. „Kurwy”, używa się jako zbyt częsty przerywnik w nieskładnej wypowiedzi. Podejrzewam, że współcześni używają tych wulgaryzmów dla dodania sobie animuszu, wsparcia swej niepewności. Chciałoby się powiedzieć „Idę po was, zwróćcie nam przekleństwa”.

Tak też było na stadionach. Na Polonię, Legię szło się z Bródna na piechotę. Dobre 7 kilosów, ale bliżej o dychę niż na Święto Lotnictwa na Okęcie.

Porządek był taki; wozacy, węglarze, straganiarze z flaszką przy ksiazka Taniec na linie Droga Legionistynodze i kichą lub salce-fiksem w czarnej grabie. Popijali, pogryzali, i darli mordy. Gnoje stali skromnie obok, a co najwyżej mogli przyłożyć się do krzyku. Broń Boże do czegoś innego, bo za przekleństwo można było dostać w ryja.

Bijatyki bywały i pod stadionem, ale nie o barwy, choć podziały były przestrzegane. Szły wtedy w ruch, nogi i pięści uzbrojone w kastety, szpadryny, pierścionki z diabełkiem, a nawet i kije.

Starczy tych wspomnień sprowokowanych pierwszą częścią książki.

Pozostałe treści pełne są refleksji, poszukiwań, stanowisk i ocen również politycznych. Mój recenzent; Tomek Łubieński zarzucił mi, że im więcej takich wtrętów w książce, tym gorzej dla literatury.

Bez tego nie zabrałbym się do pisania. Autor takimi wypowiedziami, wtrętami tworzy i określa swego bohatera.

Te wtręty, w tej książce są istotą jej wyrazu, jakże potrzebnego w tym zamieszaniu, w czasach bezrefleksyjnych konsumentów i niewolników technicznych gadżetów.

Autor stawia przed sobą i przed czytelnikami trudne pytania i śmiało dzieli się z nami swymi wątpliwościami i refleksjami. Dotyczy to jego wyborów, w których jednoznaczny katolicyzm nie zwalnia go przed oceną uchybień Kościoła, a zwłaszcza jego duszpasterzy. Opowiada się za ofensywną obroną wiary, zadając pytanie; „Krew wroga, czy nasze łzy i modlitwy Panie?” A może; krew wroga, czy nasza krew?

Chwalili nas za tolerancję, za spokój, za rozwagę aż zaoferowali wszech obowiązującą poprawność. Tak było przy strajkach i marszach. To władzy, każdej władzy jest na rękę. Pełni oburzenia byli na patriotyczne „burdy” na stadionach i marszach. Władza lubi społeczeństwo pasywne, oczywiście zła władza, nie patriotyczna. A może, ta nasza tolerancja wynika z obojętności, lenistwa, zaniechania? „Społeczeństwo jest stadem trzęsących się galaretek” pisze Autor.

W stanie wojennym stoczyłem z pewnym hierarchą kościelnym spór o substancję. On za wszelką cenę zalecał tej substancji, czytaj społeczeństwa bronić, a ja chciałem wystawiać ją na próbę. Przegrałem; wygrała bezrefleksyjna substancja. Przegrałem, ale w walce nie ustałem, a i tak dużo ugrałem.

Książka „Taniec na linie” jest potrzebna dla refleksji, dla pobudzenia ducha walki, która nigdy nie powinna upaść, bo zwycięstwa ostatecznego nie będzie nigdy. Autor w swym dziele mocuje się ze światem, z naturą, z religią, a najbardziej mocuje się ze sobą, ze swymi słabościami, które nam ujawnia. Na wszystko szuka odpowiedzi, których często nie znajduje ale szuka dalej. Tytaniczna praca.

Szacunek za śmiałość ujawnienia swych słabości. To właśnie najbardziej wspiera poszukujących.

Waldemar Pernach

recenzja ukazała się w zinie „Droga Legionisty” nr 21