LIST CZYTELNIKA: „Bezdomność to brak relacji”.

Pisz czachaJak zwykle, chęć refleksji na łamach „DL” pojawia się we mnie spontanicznie, najczęściej pod wpływem wydarzeń, które w pewnym stopniu korespondują z bieżącą tematyką ostatnich wpisów w e-zinie. Nie inaczej jest tym razem – konkretnie zaś, na kanwie pewnego przykładu sprzed dwóch godzin, chciałbym nawiązać (w miarę) krótko do Projektu „Różnica” autorstwa Jacka Hajnosa, który został niejako zareklamowany na łamach „Drogi Legionisty” (w tym miejscu). Sam projekt wsparłem zaledwie po kilku minutach od momentu, gdy trafiłem na stronę internetową tego przedsięwzięcia. Album pojawił się w domu po zaledwie kilku dniach, natychmiast został też rozpakowany i przeczytany-obejrzany „od deski do deski”. Znakomity poziom artystyczny i duchowy ponownie otworzył mnie na niesamowitą, duchową refleksję na temat losów osób bezdomnych, która delikatnie kiełkuje we mnie od lat szkoły średniej.

Wychowywałem się w Toruniu, w latach „ogólniaka” przez pierwszy rok, aż do czasu, gdy zostałem z niego karnie delegowany za chujowe oceny i sprawowanie, uczęszczałem do liceum położonego w obrębie Starego Miasta, nad samą Wisłą. W drodze do domu przecinałem zawsze ulicę Warszawską, Wolę Zamkową, ulicę św. Jakuba czy też ul. Szeroką. Każdy kto był kiedyś w Grodzie Kopernika, choćby na weekend, doskonale wie, iż jest to epicentrum staromiejskiej patoli i alkoholizmu, do której od zawsze przejawiałem pewną słabość. Niektórzy z tych osobników, zapewne w gwarowym spadku po swoich przodkach przybyłych z Kresów, określali się w śpiewanych przechodniom piosenkach „Baciarami z Torunia”. Ludzie w moim wieku już wówczas okazywali im stanowczą pogardę, niezależnie czy chodziło o kilka „klepaków”, czy też przysłowiowego peta. Prośby o „wypierdalanie stąd” nierzadko były mocno pretensjonalne i odznaczały się sugestywnie wykrzywioną kichawą, mającą uświadomić wszelkim „mentom”, „żulom” i „brudasom”, że bynajmniej nie roztaczają wokół siebie woni Polo Sporta…

Mój stosunek do tych ludzi od zawsze był zgoła inny. Niczym autor albumu „Różnica”, częstując ich ku oburzeniu koleżanek i kolegów papierosem, pragnąłem czegoś się o nich dowiedzieć, poznać ich historię. Poznałem starego Oi’owca z owczarkiem niemieckim, który opowiadał o gigach zaliczanych na różnych wątpliwych miejscówkach w Danii, czy Holandii. Jedni mówili, że zaćpał się na amen, inni, że znów go gdzieś wywiało. Poznałem pamiętnego „Łyżkarza”, który opowiedział mi swoją historię, kiedy grał na sztućcach podczas mojej randki z koleżanką, na długo zanim pewnej zimy zamarzł w niezamieszkanej kamienicy przy -30 pewnego mroźnego stycznia, czy lutego. Gadałem też z gwiazdą Internetu – „Cyganem” – Elektrykiem Wysokich Napięć. „Pamiętacie? Czy już zapomnieliście…?” Niezły był gawędziarz, nie ma co…

Dziś na ulicy Złotej w Warszawie zagadnął mnie siedzący pod „żabką” starszy, licho odziany facet – jakby inaczej – pytając o fajkę. Zainteresował go mój t-shirt, na którym widnieją wszystkie „korki” adidasa od mundialu w 1954 do 1994…

– A w takich to przypadkiem Kazik Deyna nie kopał…?

– Możliwe… – odpowiedziałem.

– Wiesz Pan… ja to kiedyś Kazia woziłem po Warszawie… Przez jakiś czas byłem jego szoferem, można tak powiedzieć…

… Po czym opowiedział mi historię o tym, jak woził słynnego polskiego piłkarza na polecenie jakiegoś pułkownika LWP, którego nazwisko przytoczył. Opowiadał potem o swoim synu, który chodził do liceum sportowego w Warszawie, obecnie z powodzeniem uprawiającym judo. Jego nazwisko też mi wyjawił.

Gadka trwała pewnie dobrych 10 minut, szczęśliwie nie przerwali jej łobuzy ze Straży Miejskiej, którzy zjawili się tam chyba tylko po to, żeby w wyniku czyjegoś konfidenckiego telefonu spisać jego i kompanów. Na mój widok (tj. „normalnego gościa”, który toczy z nim dialog), strażnik Janusz chyba sobie odpuścił, po czym niby dla niepoznaki, wszedł do „Żabki” zakupić napój. Co w tej historii urzekło mnie najbardziej?

Sprawdziłem chwilę później w Internecie, z ciekawości, wszelkie podane przez niego nazwiska. I wszystko się zgadzało, co do joty. Pułkownik istniał naprawdę, nazwisko kierownika CWKS też się zgadzało. Syn nie tylko ma czarny pas judo, ale też 1 dan w BJJ. Oczywiście trudno zweryfikować, na ile ta historia była prawdziwa, ale jej prawdopodobieństwo zdecydowanie wzrosło, w miarę jak elementy tej opowieści przypasowały do siebie niczym puzzle…

Nie lekceważmy bezdomnych. Może ta chwila rozmowy to właśnie ten moment, który tego dnia doda mu siły, by swoje „zmarnowane” już w większości życie popchnąć o tych kilka centymetrów dalej? Powtórzę za Jackiem Hajnosem – „Bezdomność to brak relacji”. Podejrzewam, że nie utrzymuje jej z synem od dawna, mam też prawo podejrzewać, że nikt w odpowiednim momencie nie podał mu ręki, kiedy naprawdę jej potrzebował.

Oczywiście, nie zachęcam do częstowania szlugiem. Asumpt do rozmowy z napotkanym, bezdomnym przechodniem stanowi przecież zawsze Coś, a może zupełnie Ktoś inny… Ten, który został przyodziany, gdy przyszedł nagi. Ten, który został nakarmiony, gdy przyszedł głodny…

Mateusz