12.09.16 Nie piszczałem za Cristiano, czyli jak nie widziałem Ultras Sur.

realfiorentinaPojutrze rusza faza grupowa LM! Wspomniałem coś o Borussi i Sportingu na żywo, więc na koniec słowo o Realu Madryt, którego drużynę też miałem okazję obserwować na żywo. Wprawdzie na piknikowym wydarzeniu, ale lepiej opisać coś niż nie opisać totalnie nic, heh. O Ultras Sur pisałem w historii „DL” naprawdę wiele, nie ma co się powtarzać. Faktem jest, że Real jest magnesem na pikników, a kumate ryje – niestety – giną w tłumie. Warszawa, Stadion Narodowy. Real – Fiorentina. Wiadomo, cel takich spotkań to hajs, reklama i robienie piłkarskiego show, ale dla kiboli nie pozostają one całkowicie obojętne – przynajmniej nie dla wszystkich. Jedni z ciekawości chcą zobaczyć „co się dzieje”, drudzy przyszli na kogoś konkretnego. Ja należałem do tej drugiej grupy – od dawna chciałem zobaczyć Real Madryt (nie mylić z piknikową podnietą) i czy byłby to „super mecz”, czy „chujowy mecz” to już mi zwisało. Tym bardziej po dostaniu prezentu urodzinowego związanego z tym spotkaniem, nie pozostało nic innego jak tylko obadać co się dzieje na Narodowym. Takie mecze to również mobilizacja polskich FC znanych, zagranicznych drużyn, które odbierane są różnie, ale zazwyczaj negatywnie…

Tym bardziej, gdy chodzi o Barcę, czy Real. Ultras mają pretensje do takich fan clubów, że chodzi im tylko o sukcesy klubu. Prawda to pewnie tylko połowiczna, gdyż np. polscy fani Juve zostali ze Starą Damą, gdy po słynnej aferze grała w Serie B. Szybko wrócili na szczyt, ale zawsze to jakiś argument i mały test na wierność… Wracając jednak do „Super Meczu” z 2014 roku…

Na Stadion Narodowy zmierzały środkami komunikacji miejskiej oraz z buta rzesze sympatyków futbolu, zazwyczaj w barwach Realu. Pierwszy raz byłem na takim cyrku i byłem w lekkim szoku ilością gadżetów hiszpańskiego klubu, jakie noszą na sobie Polacy. Koszulki, t-shirty, smycze, różne szale itd. Zaskoczyło mnie też mimo wszystko masowe mówienie „wygramy”, „znamy nasz skład?” itd. „Nasz”, „nasze”, a na szyjach szal Hiszpanów. Folklor.

Liczba wynalazków była ogromna. Pełno paziów w koszulkach Ronaldo, którzy z nerwówką na twarzy szukali swojego miejsca. Ja miałem najtańszy bilet, ale i tak wyłożyłem na to lachę, stając tam gdzie miałem niezłą widoczność. Olany steward mówiący, że „tam nie wolno stać” na szczęście nie zrobił cyrku i nie poleciał po ochronę. Pierwszy raz widziałem też jak rozlało się komuś piwo na koronie i wjechała obsługa ze szmatą… Dla porównania – na derbach Budapesztu, na których miałem okazję być, po koronie stadionu wręcz spływały… szczochy, bo fanatycy Ujpestu odlewali się jeden obok drugiego tuż za siedziskami. Ot – kontrasty…

Wynalazki wynalazkami, ale obok mnie stały całkiem normalnie wyglądające typy, w tym jeden… w koszulce Barcelony i z „Antimadritista” stylizowanym na Lonsdale. Po ciemniejszej karnacji wnioskuję, że to jakiś imigrant, który przyszedł sobie pogwizdać na Real. Widać było, że kręci się trochę osób, które przyszły obadać, co i jak, a nie miały z piknikiem wiele wspólnego.

Za jedną z bramek zasiadł polski FC Realu, za drugą polski FC Fiorentiny, bo i takie coś istnieje! Było też kilkunastu Włochów w barwach Violi, głośni i spontaniczni – jak to oni, ale raczej pikniki. Podobnie jak cały polski FC w dziwnych gadżetach. Swoją drogą – bycie FC Realu jeszcze jakoś da się wytłumaczyć, ale Fioletowych? Ciekawe… Jak tu wyjaśnić parcie na sukces?

Co do polskiego fan clubu Królewskich. Próbują być kumaci, ale raczej nie do końca tacy są. W każdym razie na swoich miejscach olewali numerację krzesełek, wywiesili jakieś skromne banery i dopingowali Real po hiszpańsku (wydrukowali śpiewniki)! Bez przesady, ale trochę kolorytu meczowi nadali, a kilka „Madrit!” było naprawdę głośnych… To była garstka, cała reszta stadionu to zbieranina ludzi zauroczonych najlepszymi piłkarzami na świecie. Na wyjście piłkarzy polski FC Królewskich pokazuje sektorówkę upamiętniającą śmierć legendy Realu.

Gdy Cristiano wyszedł na rozgrzewkę, niemal wszyscy zachowywali się jak na koncercie Justina. „Ahom, ohom” nie było końca… Wiadomo – to dobrzy gracze, ale bez przesady. Po bramce Ronaldo, stadion eksplodował, co wywoływało lekkie poczucie żenady, ale jak pisałem, Ci ludzie naprawdę myślą Real = nasi. Było ich dużo więcej niż połowa Narodowego, lecz do kompletu trochę zabrakło. Pojawiły się też FC Realu z innych krajów, wiem np. o Białorusi…

Ultras Sur rzecz jasna olali ten cyrk. Nie ma co się dziwić – ich klub co kilka dni gra mecz, niedługo ruszała Liga Mistrzów, w której grali do samego końca. A i tego typu spotkań pokazowych Królewscy rozgrywają całą masę, tak więc nie wywołują one raczej jakichkolwiek emocji w Hiszpanii.

Co innego teraz. W fazie grupowej Ligi Mistrzów…

ŁG