23.10.16 Spontaniczne emocje, które łączą. Wygrywa żywioł.

lechPrzeniosłem się na trybunę pikników. Siedzę sobie i patrzę, bo stałem się trochę niczym kobieta w ciąży – skakać mi się nie chce, aczkolwiek z drugiej strony klimat multikina również nie jest w stanie do końca mnie przekonać. Maruda! Na Legia – Lech ponownie pokłóciłem się z aż trzema (tak, to rekord) piknikami, chociaż de facto to ja byłem na ich terenie. Ostatecznie z tego powodu odpuszczałem wojny domowe i siedziałem sobie spokojnie, co ciekawe – spotykając kolegę, którego źródłowo typowym piknikiem również (a nawet bardziej) nazwać nie sposób. Czytałem kiedyś książkę fanatycznego… piknika z Arenalu i nie wiem czemu, ale przyszedł mi na myśl klimat jego wspomnień, kiedy siedziałem w sobotę niedaleko sympatycznych dziadków, którzy na głos bali się, że jeszcze spadniemy do drugiej ligi. Znaleźliśmy „nieczepialski” (w kwestii numeru na siedzeniach) kącik i całkiem sympatycznie obserwowaliśmy sobie mecz i trybuny. Poczułem sympatię do książki, którą czytałem lata temu. Legia wygrała 2-1, w jakich okolicznościach już wiecie, i przyznam, że dawno nie odezwały się we mnie spontaniczne emocje tego typu – typu radości z boiskowej dramaturgii. A w pierwszej połowie prawie spałem.

Byłem u pikników na terenie, zapominając, że to ultrasi są poza wszelkimi systemami – że to fanatyczna odmienność i (chlubny) wyjątek, a reszta nie widzi większej różnicy pomiędzy dostosowaniem się do regulaminu w pracy, czy też poza nią. My jesteśmy, jeśli chodzi o korzenie, ze środowiska, które regulaminami z zasady się brzydzi – chyba, że wewnętrznymi, ustalanymi przez samych siebie – i z zasady ich nie przestrzega. To jest potrzeba posiadania kawałka świata dla siebie. Świata, w którym nie istnieją rzędy liczb i liter, mówiących jak i gdzie mam się poruszać.

Na „prostej” trzeba odpuścić, bo to kwestia historii życiowej, typu osobowości. Jak wspomniałem – przypomniałem sobie książkę o Arsenalu i powolutku zapominałem o klimacie i wtapiałem się w otoczenie. Aczkolwiek pamiętam z czasów pisania felietonów na stronę „Koniec ITI”, że kibice CWKS jako ogół znaleźli się po dwóch stronach. Historia lubi się powtarzać, więc nigdy nie mów nigdy, że te różnice, które podskórnie odczuwam, nie odgrywają roli. Albo inaczej – że mogą nie odgrywać (sytuacja wszak jest ostatnio chwiejna, a my gramy – jakby nie patrzeć – w elitarnej Lidze Mistrzów, teraz są piłkarsko baty, ale za kilka lat kto wie…).

Dobrze, dobrze… Już kończę. Pióro na służbę wojenną od lat kurzy się w szafie i oby jak najdłużej. Aczkolwiek naboje też są.

Wracamy do rzeczywistości. Gryz pizzy, łyk herbaty. Ciśnienie, że musimy wygrać, bo przecież jesteśmy na dnie tabeli, do kurwy nędzy! Karny, 1:1.

Od lat piszę o tym, że Legia jest wielka piłkarsko i ostatnio czuję się poirytowany jej wynikami, bo tak kibic Legii musi – i tyle. To nie znaczy, że przy stanie 1:1 wychodziłem ze stadionu, nie, nie.

Kurde – spontaniczna reakcja obecnych przy Ł3 była jedna: Hamalainen, „zdrajca Lecha” (jakby nie patrzeć), strzela im w końcówce meczu = zbiorowa ekstaza! Nie było już „piknika i transferu z Żylety”, była wspólna radocha i wpadanie sobie w ramiona. Fin pozbywa Kolejorza punktu, czy to nie piękny pstryczek w nos, który tak metaforycznie potrafi wyrazić tylko futbol?

Wcześniej przepychanka na murawie, do której każdy chętnie by się dołączył, ale wie, że ewentualne konsekwencje trzeba zostawić na poważniejsze dni, w których chodzi o coś, w czym nie bierze udziału Jakub Rzeźniczak :-).

Piłka jednoczy, ale nie mylcie tego z hasłami lewackich organizacji. Piłka jednoczy, ale i dzieli. W sobotę na Łazienkowskiej obserwowaliśmy zarówno wiele jedności jak i podziałów. Szczerze wypowiedzianych słów. This is football!

Cieszyli się też piłkarze – spontanicznie, co przecież „buduje zespół”. Przestrzegam jednak przed tym, by teraz nie zaczęto cieszyć się z każdego meczu jak to cieszą się piłkarze „z kraju”… po wygranej z Legią (ktokolwiek to jest). My mamy do zdobycia Mistrzostwo Polski oraz jakiś punkt w Lidze Mistrzów, reszta jest obowiązkiem, który przez taki klub jak CWKS powinien być odpowiedzialnie spełniany aż do znudzenia. To był tylko Lech z Trałką.

Cieszy mnie niezmiernie, że na jakim etapie by człowiek nie był – zawsze znajdzie w futbolu coś inspirującego. Teraz 3 punkty w Kielcach i wracamy do normalności. Tymczasowy lider był przecież pyknięty trójkę do zera…

ŁG