LIST CZYTELNIKA: „Masz żonę?”. „Tak”. „Już nie na długo”. Emigracja.

Pisz czachaJestem ojcem czteroletniego, dwuletniego oraz trzeciego najmłodszego, który urodzi się dopiero za dwa miesiące, chłopca. W Polsce opiekuje się nimi moja żona, a ja od lipca pracuję za granicami Ojczyzny. Najpierw byłem w Szwecji z prostym planem. Zarobić pieniądze na spłacenie reszty kredytu za dwupokojowe mieszkanie, sprzedaż i kupno czegoś większego. Perspektywa czasu jaki musi minąć, aby osiągnąć ten cel jest przerażająca, co w pierwszych dniach poza Ojczyzną przygnębiło mnie, a z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że potrwa to jeszcze dłużej niż myślałem. Świadomość ta nie pomaga, a stresuje i przygnębia. Pewnie dlatego na pytanie „czy mam żonę”, do odpowiedzi twierdzącej padł w moją stronę komentarz „już nie na długo”. Wydaje mi się, że zdrada swoich kobiet jest tu na emigracji na porządku dziennym. Pisząc to jestem w Niemczech, gdzie już co nieco widziałem. Środowisko emigranckie trzeba określić jako skrajną patologię.

„Za trzy godziny pracy można iść do burdelu na dwadzieścia minut seksu” z wybraną z szerokiego wachlarza dziewczyną. „Za godzinę pracy można kupić skrzynkę piwa”, więc i na alkohol nikomu nie brakuje. Ja – nie pijacy alkoholik w starym życiu odnalazłbym się tu bardzo szybko. Regaty kusi, ale na szczęście nie ulegam jego prowokacji.

System swoim niewolnikom daje takie możliwości, aby nie było rewolucji. Podstawowe instynkty niewolnicy mogą zaspokoić. Nie ma to jak poczuć kobietę, schlać mordę i na kacu pójść do roboty. Wtedy nie chce się nikomu walczyć z systemem. Bo niestety prawda jest okrutna, każdy z nas jest niewolnikiem.

Idę właśnie ulicą (wystukując ten tekst na tablecie) po jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic w Niemczech, przynajmniej takie informacje przekazał mi mieszkający tu Polak. Na przeciw kamienicy, w której mieszkam Bułgarzy mają swoją knajpę. Od wczoraj dwa razy coś tam do mnie pod nosem jeden z nich gadał. Staram się nie szukać guza, ale być może guz sam mnie znajdzie. Co kilkadziesiąt metrów czuć zapach palącego się zielska.

Na ręce wytatuowane mam inicjały NPS – neutralny palacz sqna (pamiątka po starym życiu, jeszcze sprzed nawrócenia). „Porcja kosztuje 10 euro, czyli godzinę pracy”. Nie palę tego gówna już od ponad 9 lat, więc ten zapach trochę mi przeszkadza. Mam tego pecha, że mieszkam w pobliżu największego punktu w mieście, gdzie można kupić dragi. Ostatnio był nalot policji, po którym jak zwykłe interes kręci się dalej, jakby byli w zmowie. Jedzenie cenowo jak w Polsce, ale zarobki cztery razy większe.

Ale, ale… nie jest tak kolorowo, choć multikulti na każdym kroku. Robotnicy są wykorzystywani pracując dla „panów Niemców” i dla tych, co na pełnym socjalu pierdzą w stołek. Dlatego wolę sto razy faszyzm niż raz socjalne państwo. Faszyzm brzydzi się lenistwem. Gdy dostają z miasta nową lodówkę to sprzedają ją jeszcze tego samego dnia, wiem bo proponowano mi nowiutkie agd. Niemieckie jednoosobowe działalności gospodarcze są stworzone przez system, by robotnik-imigrant mógł pracować legalnie, by z tego co zarobi sporo mógł oddać w corocznym podatku. Żeruje na Polakach jak pasożyt, więc do przysłowiowej świnki mało co można wrzucić.

Niemcy na robotach biorą pracę od godziny, a Polakowi – mojemu kontrahentowi płacą od metra, co jest pluciem w twarz. Mi on płaci godzinówki, ale przy takim wyzysku za dużo płacić nie może. I tak – Polacy pracują tu za grosze.

Założyłem działalność gospodarczą w Polsce, dzięki temu na ryczałcie zapłacę tylko 5,5% podatku dochodowego polskiej skarbówce. Od czasu do czasu wystawię w Polsce jakiś rachunek, żeby skarbówka się nie doczepiła, że tylko u Niemca robię. Takim sposobem mogę trochę zaoszczędzić na tym złodziejskim systemie. Wynajmuję też po cichu mieszkanie, dlatego omijam opłatę za telewizję, wywóz śmieci i ogrzewanie. Koszty obniżam jak mogę, ale i tak są duże, więc nawet połowy zarobionych pieniędzy nie dam rady odłożyć. Utrzymywanie dwóch mieszkań oraz różne inne koszty związane z życiem rodziny w Polsce i tu z moimi kosztami osusza skrupulatnie portfel.

Coś tam odłożę, więc na razie zostaję…

Aby nie żyć tylko pracą i odliczaniem dni do kolejnego zjazdu do Polski postanowiłem zapisać się na sporty walki. W mieście liczącym pół miliona mieszkańców żyje ponad 50 tys. muzułmanów i akurat z jedynym z nich miałem dwa „sparingi”. Pierwszy odbył się bez kontuzji, po przegranym pojedynku wróciłem lekko poobdzierany na chatę wiedząc, że przeciwnik jest dużo lepszym zawodnikiem ode mnie. Wiedziałem wtedy też, że nie mogę mu ufać, sparingi miały być na 50%, a typ wleciał na pełnym gazie. Dwa dni później, gdy doszedłem po weekendzie do siebie, tuż po wieczornym treningu, gdy wszyscy rozeszli się do szatni, ciapaty… wzywał mnie na pojedynek, podczas którego zaliczyłem pierwszy w swoim życiu nokaut. Tym razem też sparing miał być na spokojnie, ale znów go poniosło. „Wizyta” w szpitalu i pęknięcie błony bębenkowej, to nie to czego potrzebuje do zabicia czasu. Od tamtej pory powtarzam sobie proste zdanie: nigdy nie ufaj ciapatym. Być może obejdzie się bez zabiegu operacyjnego, tak zapewniono mnie w szpitalu. Słabiej słyszę, a przez najbliższe tygodnie mam omijać salę treningową szerokim łukiem. Za dwa dni będą mi znów u uchu grzebać. Jestem zdenerwowany, bo treningi potrzebuję, aby zająć swój wolny czas, by nie myśleć, nie tęsknić.

Gdy siedzę po robocie bezczynnie, do głowy przedostają się różne źle myśli. Myślę o tym jak szybko zarobić, by się stąd wyrwać. Może wystarczy wpaść do tych dilerów i ukraść im kasę, a dragi zawinąć i zneutralizować tak by nikogo nie krzywdziły? Kasy trochę by było, bo drzwi cały czas otwarte, nic dziwnego skoro zaopatrują się tu hordy narkomanów z całego miasta i okolic. W środku zazwyczaj jest jedna osoba, czasem dwie, więc plan mógłby wypalić…

Oj, ta moja chora głowa, zupełnie jak w kawałku „Przestępcze myśli”!

Jestem atakowany przez rogacza na każdym kroku. Od pokusy zapalenia jointa, poprzez zdradę żony, napadu na dilerów, czy złamania abstynencji alkoholowej. W Polsce nie miałem takich pokus. Gdybym miał robić wszystko, co pojawi się w mojej głowie, zostałbym seryjnym mordercą. Zacząłbym od komunistów, bo to oni sumiennie niszczyli nasz kraj, dlatego dziś muszę żyć na emigracji.

Jedyne schronienie przed grzechem to Kościół Katolicki. Spokój, którego szukam i nauka, której potrzebuję. Osoby, które tu poznałam, a które wybrały rozpustę, kradzieże, czy kupno kradzionych rzeczy, żyją z dala od Boga. Nie chcę nikogo obrazić, bo wiadomo, że wierzącym w Boga też zdarza się zdradzić swoją kobietę, albo coś ukraść, lecz wierzącym w Chrystusa łatwiej jest dotrzymać wierności, być dobrym pomimo, że rogacz na celownik bierze nas katoli jako pierwszych.

W planach na najbliższy czas jest katolicki aktywizm. Na razie zbieram siły na następny dzień, bo nie wiem co mi ciekawego przyniesie. Oby rozsądek i mądrość, której tak bardzo potrzebuje.

A dzieci i żona czekają… Co za życie…

PP