11.11.16 Marsz Niepodległości. „Sztuka maszerowania” opanowana.

mn2016Na pytanie z czym kojarzy Ci się listopad, jestem pewna, że bardzo duża grupa osób odpowie, że nie tylko z odwiedzaniem grobów, coraz niższą temperaturą i jesienną chandrą. Do tego dojdzie jeszcze Marsz Niepodległości, który, jak na razie, wpisał się w listopadową tradycję. W tym roku, podobnie jak przez parę zeszłych lat, kilkadziesiąt tysięcy osób zdecydowało się wziąć w nim udział, mimo pogody, która dla wielu była co najmniej niezachęcająca (wciąż nie wiem, czemu niektórzy narzekają na śnieg). Chociaż biorąc pod uwagę działania organizatorów, spory wewnętrzne itp. pogoda stanowiła najsłabszy argument przemawiający za tym, żeby sobie to wydarzenie odpuścić. I w sumie na tym można by zakończyć relację – marsz rozpoczął się punktualnie, przeszedł trasą znaną z dwóch ubiegłych edycji bez komplikacji. W tym roku było wręcz wyjątkowo sprawnie, nawet na moście nie robił się zator, co miało miejsce podczas poprzednich edycji, a jedyne miejsce zapalne (w postaci jakieś pikiety na trasie przemarszu) zostało przez organizatorów ukryte za ogromnymi płachtami materiału.

„Sztuka maszerowania” została opanowana niemal do perfekcji. Nawet nie było (z tego co wiem) konfliktów z tzw. ,,Strażą Marszu”, a co więcej, nagłośnienie w tym roku na początku działało lepiej niż w latach ubiegłych, ale osobiście nie zwracałam uwagi na treść przemówień. Wiem, że na pewno odczytywano list prezydenta do uczestników marszu (co potem nie przeszkadzało nawoływać do potrzeby zakończenia demoliberalnych rządów, w które, przynajmniej na mój skromny gust, PiS się wpisuje).

Jeżeli chodzi o frekwencję, to w dalszym ciągu jest ona wysoka i wydarzenie to przyciąga bardzo różne osoby. Od ludzi, których znam z uczelni i wiem o ich umiarkowanych poglądach lub sympatiach do Korwina, po zagraniczne organizacje znane z zupełnie innego i radykalniejszego podejścia- można tu wymienić Niko Puhakkę z grupą Finów, chłopaków z Pride France itp.

Warto dodać, że delegacji zagranicznych było naprawdę sporo. Zapewne przyciągnął ich częściowo planowany po Marszu koncert. Oprócz już wymienionych, można było zauważyć Węgrów, Słowaków, Hiszpanów, Szwedów i Włochów. Ci ostatni postanowili rozruszać maszerujących, kiedy okrzyki intonowane przez organizatorów przestały być słyszane i ludzie zaczęli iść w milczeniu. Włosi zaczęli wtedy prezentować swoje przyśpiewki świetnie się bawiąc. Zresztą nie było to wcale głupi pomysł, bo chociaż mało kto rozumiał co śpiewają i wołają, to te polskie okrzyki koncentrowały się na obalaniu komuny i nic nowego nie wnosiły.

Spokojnie na marszu było podobno do końca, chociaż sama opuściłam zgromadzenie wcześniej, co jeszcze jakiś czas temu było dla mnie nie do pomyślenia. Wtedy Marsz był czymś na co czekałam, co wzbudzało we mnie emocje. Zresztą nie tylko we mnie- emocje były wielkie jeszcze na parę dni przed i po wydarzeniu. Teraz,  zwłaszcza po zeszłym roku, stwierdziłam, że to już nie to samo. Stwierdziłam, że kolejny przemarsz nie ma większego sensu, że moje podejście do wielu kwestii tak bardzo różni się od zdania organizatorów i ogromnej części uczestników, że mój udział nie ma większego sensu. Jednak, trochę z kronikarskiego obowiązku (obiecana relacja) zdecydowałam się jednak pójść, ale nie był to już taki udział, jak dawniej. Bardziej z boku, jako obserwator, już bez poczucia uczestniczenia w czymś ważnym.

Mimo tego, że znam wiele osób, które mają podejście podobne do mnie, to jednak trzeba przyznać, że ludziom wciąż się chce w tym uczestniczyć. Marsz Niepodległości ponownie okazał się największą manifestacją w Polsce. KOD i inni mogą tylko pomarzyć o podobnej frekwencji. Jednak jest to potencjał ponownie niewykorzystany. Chyba jedynymi wydarzeniami okołomarszowymi ponownie były koncerty, żadnych konferencji, spotkań na które zostałyby zaproszone szersze grupy odbiorców. Tym bardziej, że przyjechało bardzo wiele delegacji zagranicznych i tego typu wydarzenia byłyby dobrą okazją, żeby pokazać, że nacjonaliści są chętni do współpracy międzynarodowej opartej na wspólnych wartościach, odmiennych od tych, które proponuje nam UE i globaliści. Nic takiego jednak nie miało miejsca, marsz nie stanowi już żadnego przełomu, a raczej ciągłe potwierdzanie, że jakiś potencjał w społeczeństwie jest i ewentualnie podnoszenie poziomu samozadowolenia, bo przecież wzięliśmy w czymś udział, więc ,,obowiązek spełniony”. Warto tutaj dodać, że nie znam inicjatywy z drugiej strony barykady, która przyciągałaby tyle zagranicznych delegacji. Mimo to zarzuty o szowinizm nacjonalistów będą chyba pojawiały się w nieskończoność.

Warto też dodać, że według opinii zagranicznej MN jawi się jako coś radykalniejszego niż jest w rzeczywistości. Na portalach na fb można zauważyć wielokrotnie zachwyt tym wydarzeniem, jednak w praktyce niewiele to znaczy. Może tylko tyle, że faktycznie jawimy się jako bastion Europy. Czy jest to prawda? Patrząc na wszystkie inne dni w roku, poza 11.11, mam wątpliwości. Ale to tylko moje własne wątpliwości.

Klara

SPROSTOWANIE od czytelnika: Warto wspomnieć o odbytych spotkaniach z przedstawicielami zagranicznych ruchów, nie tylko o tym: LINK , ale i o innych.

PS od Ł.: Wiecie już, że coś się działo, uczestnicy zajść opisali to sami w internecie.