LIST CZYTELNIKA: A ludzie płaczą nad rozlanym mlekiem…

Pisz czachaNajgorszy jest zawsze początek, a przecież wszystko go ma. Mój początek to zarazem… koniec. Koniec życia! Mojego życia – jakim była moja żona. Jak to jest w tym naszym życiu, że niektórzy mają od urodzenia pod górkę? Mój syn skończy niedługo trzy lata, a utracił swoją ukochaną mamę. Jego rodzicielka, narkomanka, która miała wszystkie choroby jakie można wymyślić, zostawiła go w szpitalu. On się urodził dla nas w piątek trzynastego. Pierwszy raz go widzieliśmy w pokoju odwiedzin. Pierwsze łzy wzruszenia, bo pojawił się on, nasz syn! Odwiedziny co weekend i podczas zawożenia wniosku do sądu. Trzydzieści kilometrów w jedną stronę pełne myśli o tym, że znowu go zobaczymy. Powrót ze łzami, bo musieliśmy go zostawić. Oczekiwanie na wyznaczenie rozprawy i nerwy, bo sędzia to prawdziwy urzędnik z krwi i kości, wyznacza je maksymalnie odległe. Pierwszy CUD: telefon o rozprawie w kolejny dzień, akurat byliśmy z przyszłym synem (jak to brzmi, „przyszły syn”) i jego prawną opiekunką na badaniu, aby ostatecznie wykluczyć choroby, które mógł mieć przekazane. Szybkie zakupy (bo przecież rozprawa miała być za kilka miesięcy), tylko jak zrobić zakupy w jeden wieczór, wszystkiego co niezbędne? Od pieluch po łóżeczko. Ale moja Ukochana miała zawsze głowę na karku i listę wstępną przygotowaną. Rozprawa i decyzja o możliwości zabrania go w końcu z Domu Dziecka!

Dom Dziecka, miejsce nieciekawe. Ale w tym wypadku nienajgorsze. Miła siostra zakonna sprawowała nad nim pieczę, choć sam w sobie był państwowy z cywilnymi pracownikami.

afmMłodemu chyba u nas dobrze, bo rośnie jak na drożdżach, ma to po nowym tacie…

Po sześciu miesiącach nowotwór u żony i strach co to będzie. Lekarza ma wspaniałego, robi co może, a właściwie robił… Walczyła prawie dwa lata, miesiąc temu odeszła. Miesiąc wcześniej dowiedzieliśmy się, że ma przeżuty do głowy. Szybka zmiana leczenia.

Tydzień przed śmiercią byliśmy z synkiem oglądać makiety z pociągami. W niedzielę wieczór pogorszenie zdrowia. Od poniedziałku byliśmy cały czas razem. Na SOR dwa razy musieliśmy pojechać. A ostatni uśmiech mojej kochanej Ani był w piątek, gdy odwiedził nas przyjaciel w szpitalu i pomógł się zabrać. Tak szeroki i radosny. Dawno się z nim nie widzieliśmy. Mam u niego dozgonny dług za ten uśmiech. Po południu zasnęła i prawie nie było kontaktu. Kilka razy pokazała, że chce pić. W sobotę popołudniu chciałem zabrać ją do szpitala, miała wysoki poziom cukru od leków jakie przyjmowała. Straciła całkowicie przytomność jak nią niosłem, pogotowie zabrało Anię i trafiliśmy znowu do szpitala. Tym razem już ostatni raz. Była z nami koleżanka i przyjechali kolejni znajomi. Siedzieliśmy razem do trzeciej następnego dnia. W międzyczasie rozmawiałem z fantastyczną pielęgniarką. Postanowiłem zabrać żonę do domu.

Wracaliśmy razem, pomagałem wnieść Anię do domu, w międzyczasie przyjechali znajomi, którzy siedzieli z nami w szpitalu. O dziewiątej wszyscy wyszli, mieli wrócić koło południa. Koleżanka zabrała naszego synka ze sobą, aby bawił się z jej dziećmi. Przed jedenastą zaczęły marznąć Ani stopy i wyciszył się oddech. Odeszła o jedenastej 23.10.2016.

Jak to jest, że zwyrodnialcy chodzą po ziemi, ludzie mają zmartwienia „kiedy galeria jest zamknięta”? A mój syn traci co ma najcenniejszego, swoją ukochaną mamę? Ona straciła jego.

Nie straciłem wiary, chociaż nie chodziliśmy co niedzielę do kościoła, teraz chodzę. Codziennie się modlę o jej zbawienie. Podczas Wielkiej Nocy rozpoczną się Msze Gregoriańskie. Chcę wychować syna i czekam na ten dzień, aby znów być przy niej i ją widzieć. Może wtedy zrozumiem sens tego wszystkiego, bo teraz nie rozumiem.

Miałem wiele miesięcy na zrozumienie życia i przygotowanie się na odejście. Dzięki temu przetrwałem, ale najgorsze zaczyna się kilka tygodni później. Teraz odczuwam największy ból i jest on coraz większy. Wieczory są tragiczne, ale dzięki synkowi żyję, sprzątam, gotuję.

Powrót razem do domu, odejście i przygotowanie na zabranie ciała nie zapomnę nigdy. Tak jak wielu rzeczy. Zejścia z dziesiątego piętra z Anią, gdy była na noszach. Przygotowałem ją do zabrania. Miała swoje prześcieradło, koc, aby nie zmarzła i była przykryta jak w domu, poduszkę, aby miękko spała. Pozostawiłem Anię dopiero jak odjeżdżała.

Pamiętaj o najgorszym, a zarazem najlepszym dla nas. Tobie tego chyba mówić nie trzeba. Jeśli będziesz mógł, nigdy nie pozwól zostać najbliższym w szpitalu do końca. Bądź zawsze przy drugiej osobie, bądź cierpliwy. Choroba niszczy związek, miłości nie zniszczy. Trzeba być zawsze do końca.

Pozdrawiam z twierdzy Wrocław.

z podziękowaniami dla Geodety i Sylwii…

Michał, Filip i Ania

Spory krzyż otrzymałeś bracie do noszenia. Tak spory, że nie śmiem napisać Ci niczego „mądrego”. Może tylko to, że czuję się bardzo dumny, że stworzyłem stronę, która skupia takich czytelników jak Ty. To co robisz to prawdziwe, męskie wyzwanie i po tym co piszesz wierzę, że dasz radę! Resztę przegadamy na mailu i – oby – na żywo…

ŁG