23.01.17 „Strzelić Mariana” i… znaleźć się w Nowym Jorku.

bundyKultura ulic…, zarzućmy coś do tego działu i wybierzmy się poza nasz kontynent… To było w nocy z 22 na 23 stycznia, wczoraj. Z niedzieli na poniedziałek, no prawie, ale oczy mi się już konkretnie przymykały. Zwykła noc na blokowisku nie zapowiadała czegoś szczególnego, no chyba że jakiś pijany menel wyszedłby z windy i obił mi się o drzwi spłynąwszy po nich niczym wodospad, co zdarzało się już w przeszłości. W niedzielę powstrzymujemy się od prac niekoniecznych, ale ta była bardzo konieczna i po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, niedzielę spędziłem na placu (własnej) budowy, uwalony od farby. Po kąpieli i wieczornej mszy, po lekturze Tomasza Kempisa połączonej z notatkami do dziennika, zmuliło mnie i położyłem się na wyrze „strzelić Mariana”. Oznacza to położenie łapska na brzuchu ubranym w domowy, wydęty t-shirt i latanie pilotem po kanałach. Ot, syndrom Al’a Bundy’ego. Zacząłem od kanałów ambitniejszych. Na TVP Info niestety nie było Pani Ogórek (sam Ziemkiewicz to za mało by kibica radowało…), cholera – nie będzie zdradzania żony! TVP Kultura, a tam Bobby McFerrin na festiwalu jazzowym „Jazz a Vienne” we Francji. Początkowo strzeliłem minę niczym Al widoczny na miniaturce obok.

Jazz trafiał do mnie jedynie szczątkowo za sprawą fascynacji hip hopem, ale w niego samego nie wgłębiałem się. No może tylko chwilowo, przez słynną sprawę Amy Winehouse. Oglądałem dokument o tej piosenkarce, żydówce, narkomance, do tego chorej na bulimię i potłumaczyłem sobie garść jej tekstów. Była fascynująco zepsuta. Jazz, podobnie jak rap, niesie ciekawe przesłanie w zadymionych od fajek klubach. Często przesłanie brudne, będące relacją z dna – jak w „pijackiej logice” Amy, która śpiewa o wracaniu z bielizną w torebce i o tym, że znowu bolą ją uda, no ale „musiała spróbować”… To coś mimo wszystko głębszego, bo przeszytego refleksją i bólem, niż puste seksistowskie pop-pioseneczki „pro”.

Bobby McFerrin, murzyn z Nowego Jorku, zajmuje się również beatboxem, więc nic dziwnego, że przykuł moją uwagę od pierwszych nyminut telewizyjnego koncertu. Instrumenty szaleją, dziadek śpiewa kilkoma różnymi głosami, stuka się o klatkę, bawi się dźwiękiem. Mało tego, słowo „Jezus” jakoś dziwnie często przebija mi się przez głośnik, co mimo kiepskiego angielskiego nietrudno wyłapać.

Z wiekiem zaczynam marudzić o jakość muzyki, głębię powstawania materiału. Jak Fisz, zaczynam szanować słowo, nie musi już padać ich tak wiele jak w rapie – artysta, niczym poeta, powinien czasem się streszczać, a mimo to przekazać ogrom. Podobnie sama kwestia muzyki. Między typowymi rap-spędami w miejskich piwnicach, zaliczyłem jakiś czas temu Tworzywo i muzyka tego typu na żywo rozłożyła mnie na łopatki. Zresztą lata temu byłem na Ostrym z „kapelą live” i to też było coś zupełnie innego, zapaliła się lampka.

Co oni tam robili na tym „Jazz a Vienne”! Zresztą niżej wrzucę Wam „niearyjski” filmik, heh. Cóż, nie od dziś wiadomo, że murzyni znają się na muzyce. Zaprzeczysz?

„Strzelenie Mariana” też bywa bardzo owocne, a TVP Kultura okazała się godna ambitnej nazwy stacji, co nie zdarza jej się stale! Cóż… Może nie w Nowym Jorku, ale gdy w dużym polskim mieście zobaczycie błyszczącą się łysą banię na jazzowym koncercie, siedzącą gdzieś w rogu i niepalącą papierosów, to mogę być ja. Utwór zaczynający się od 8:45 przeważył szalę:

Zawsze sobie myślę, co oni wszyscy mają w bani. Wokalista, perkusista, gitarzysta… Pojebani ludzie! Twoje hasła na bluzach i zamiłowanie do serialu „Vikingowie” nie wystarczą, by ich przygasić. Rozumiesz?

Recenzujemy tu nacjonalistyczne płyty białej Europy, ale Nowy Jork Bobbyego nie był biały. Nowojorczyk relacjonuje, co słychać u niego… Kupuję tą relację. Murzyni też są tacy, nie tylko jak w obozach dla uchodźców. Nie – nie zapraszam ich do domu. Najlepiej będą czuli się w czarnych klubach Nowego Jorku, gdzie kiedyś ich dziadków ściągnęli biali. Jakie to, kurna, logiczne, nie?

Wracając do koncertu Tworzywa [1]. Tam też masz, w otoczeniu Waglewskich, bardzo dobrych muzyków. Zwróciłem uwagę, jako że stale trzeźwy jestem i widzę wszystko, jak niektórzy słuchacze reagują na tego typu koncert. Chłoną słowa, chłoną też każdy riff gitary. Gdy gitarzysta wyginał się w spontanicznej solówce, stojący tuż obok młodych, dwudziestoletnich fanek, około pięćdziesięcioletni koneserzy mrugali do siebie porozumiewawczo, że „teraz to dał chłop popalić”. I tak przez cały występ, przy różnych instrumentach, a nawet przy elektronicznych wariacjach, które u Emade wkraczają na – wiadomo – kosmiczny poziom.

Eh, pieprzyć to, idę zdradzać antykapitalizm w Empiku. Kupujcie moje książki, bo nie mam na remont, książki i płyty. Jakie to, kurna, jezzowo-rapowo-rockowe, yeah!

ŁG

[1]: „Czerwona sukienka!”, „Czerwona sukienka!”… drze mi się ktoś żałośnie nad uchem, próbując przebić się do kapeli i wyprosić od Fisza prehistoryczny szlagier. Odwracam się, a tu matka mojego podopiecznego. Jako moja rówieśniczka, do tego piszcząca niczym nastolatka! W rytmach elektroniki rozumiałem znowu zbyt boleśnie, że czas płynie. Cholera, że ja nie mogę (i zazwyczaj nie chcę) się napić…

PS: Źródło zdjęcia: link