13.02.17 Na zawsze pozostańmy… wojownikami.

templarBrak prawa jazdy stale mnie dopada. Miałem niedawno jedno wydarzenie związane ze sportem uprawianym i tak się złożyło, że pierwszy raz od dawna musiałem śmigać sam. Malutki odcinek pokonywałem godzinami, z coraz większym zadziwieniem czytając nazwy stacji na których zatrzymywała się kolejka. Wysiadłem w siarczystym mrozie, zmuszony do pokonania kilku kilometrów z dużym bagażem po śniegu. Nie spałem prawie nic, bo pociąg o piątej rano i nerwówka, czy zdążę z przesiadką, a do tego adrenalina. PKP odebrało mi chęć do uprawiania sportu, a… właśnie w tym momencie zaczęła się walka. Czy jesteś wojownikiem, czy już zdziadziałą, leniwą cipą? Trzeba było przejść małe katusze rozleniwionego człowieka Zachodu (żołnierze w grobach się przewracają słuchając tego narzekania), by ponownie wygrało to pierwsze. Wyjść na ring, kilka godzin sparingować się z ludźmi z Polski, z Europy. Wciskam w siebie jakieś pobudzające żele dla pieprzonych kolarzy. Żołnierze, rycerze przekręcają się na drugi bok, nie mogą patrzeć.

– Jak mi się, kurwa, nie chce! – to najczęściej do mnie wracało, a przed pobudką na pociąg byłem przecież najbardziej zajaranym człowiekiem na świecie! Tak to jest w sytuacji komfortu, w ciepłym i pod wpływem mobilizacyjnych filmików z YouTube!

Kim jesteś w realnych sytuacjach? A kim w marzeniach? Kim w wyobrażeniach?

Czas leci, człowiek coraz gorzej się regeneruje. Nie tylko fizycznie – również psychicznie. Jasne, że można. Wszystko można! Ale nim organizm połączony z silną wolą „odpali”, trzeba nie mniej, a jeszcze więcej szaleństwa niż za małolata!

– Nie zdziadzieć za szybko, nie zdziadzieć za szybko! Cholera jasna! – powtarzam niczym mantrę.

Dodatkowo motywowało mnie reprezentowanie barw klubowych, ten fajny stadionowy nawyk. Jeśli odpuszczę, nie odpuści jakiś tam Grower, tylko odpuści „ciota z klubu X”. Nie możesz i już. Wchodzisz na miejsce wyzwania i nie możesz postawić kroku do tyłu. Nie ma takiej opcji z osobistych i stadnych względów. Jeśli tego nie przetrawisz, wypierdalaj ze sportów walki – to dość oczywiste. Zauważyłem, że ciekawie przekłada się to na życie. Sport faktycznie kształtuje charakter! Jeśli odpowiednio, konsekwentnie, radykalnie go uprawiasz. Jeśli wymagasz od siebie i masz chociażby potrzebę posiadania czegoś takiego jak honor.

Było hardcorowo dla kogoś ćwiczącego z taką intensywnością (ostatnio niezbyt dużą) jak ja.

Myślałem o Was. Mówię sobie:

– Kurwa, znowu kilka dni nic nie ma na stronie.

Nie nadążam ostatnio. Ale się nie poddaję. W torbie treningowej, w pociągu, miałem zeszyt i długopis. Wydam coś na papierze. Biorę się do roboty. Psychiczna jeszcze jest możliwa, bo jeśli chodzi o stan kończyn dolnych, to lepiej nie gadać… Nie działa jedno, biorę się za drugie – byle do przodu w bliskich sercu tematach. To moje podejście.

Wracamy do wioski sparingowej.

Po drugiej jednostce treningowej wsiadam w taksówkę, bo nie byłem zbytnio chętny iść kolejny kilometr z buta (żołnierze już tańczą breaka w grobach). Taksówkarz starszy facet, siwy, ale taki jakiś kryminalny pysk. Wiadomo, że „coś nie tak”, tylko pytanie w którą stronę. Patrzę po aucie (on „poszedł obczaić czarnulkę na recepcji”!), a tam wlepka z czachą i celtykami w furze. Chwilę na mnie popatrzył i włączył muzykę – Nowy Ład „Na zawsze biały”. O fuck, zapomniałem o tym kawałku! Przed oczyma stanął mi natychmiast abstrakcyjny dziś obrazek – młody ja we flayersie i dokumenty o skinach na kasetach VHS. Jedziemy. Trzeba wyjechać na wioskę, by to jeszcze spotkać? W taksówce fiesta, brakowało tylko jebanego pogo. Po wspólnym refrenie taksówkarza i klienta, „biały brat” chciał mnie skasować podwójnie („na zawsze pejsy… na zawsze pejsy… na zawsze będziesz kręcił pejsy?”) i żeśmy się pokłócili. Tyle było z kilometrowego „białego braterstwa”…

Ale – co najważniejsze – „małe walki” ponownie wygrane! Gdy jesteś sam, albo w kiepskiej sytuacji, to bardzo się przydaje…

Piona!

ŁG