6.05.17 Niemcy: Hertha Berlin 1-4 RB Lipsk. Against Modern Football.

Interesy rzuciły mnie w sobotę do Berlina, więc wypadało przynajmniej sprawdzić tamtejszy terminarz piłkarski. Lepsze, a z pewnością ciekawsze ekipy niemieckiej stolicy tego dnia nie grały u siebie, więc pozostała ta najmniej klimatyczna, za to najlepsza piłkarsko Hertha Berlin. Żebym chociaż do przeciwnika miał szczęście… Wręcz przeciwnie. Red Bull Lipsk powstał dopiero 19 maja 2009 na bazie SSV Markranstädt (klubik z przedmieść Lipska), a przed meczem z Herthą był na drugim miejscu w Bundeslidze i zmierzał prosto ku Lidze Mistrzów! Miejscowi ultras już zdążyli nienawidzić nowy twór, wyrażali to na oprawach, lub na odzieży (na miniaturce obok). Tu np. protest Drezna na pucharze z red bullami: LINK! Miałem cichą nadzieję, że chociaż trafię na jakąś akcję Against Modern Football. Najpierw jednak miałem nadzieję, że kupimy z kumplem bilety tuż przed meczem. Niby aż 75 tysięcy pojemności stadionu, ale jednak mecz piątej Herthy z wiceliderem.

U siebie red bullowe byczki (a raczej świnie) grają na stadionie miejskim, na jednej z aren MŚ 2006. W Lipsku ultrasów mają Chemie i LOK, a więc w sobotę można było się spodziewać jedynie turystów-wynalazków.

A miejscowi? Zrobiłem sobie „prasówkę” z Berlina i zdarza się, że coś tam się dzieje (wrzucam abyście nie usnęli):

No, ale w sobotę można było liczyć co najwyżej na próbkę dopingu i spokojną stadionową turystykę. Start spotkania o 18:30.

Pojechaliśmy kolejką miejską z centrum, droga do stacji „Stadion Olimpijski” trwała ponad pół godziny. W kolejce pierwsze przejawy innego świata, kiedy to do fanów w biało-niebieskich szalach dosiadają się biało-czerwone pazie. Największą „akcją chuligańską” jaką widzieliśmy w związku z taką patologią było zbiorowe „buu” jakichś odważnych.

Barwy mieszały się nie tylko w kolejce, ale i pod stadionem, a nawet na samym stadionie. Niby pamiętałem takie sytuacje z poważniejszego meczu na którym byłem (Drezno – St. Pauli), ale chyba zdążyłem je wyprzeć z wyobraźni. Wyszliśmy z kolejki i wraz z tłumem udaliśmy się pod obiekt, obok którego znajduje się jakiś starszy stadion, a także m.in. odkryte baseny, które udostępniane są mieszkańcom.

Na meczu było 62 tysiące kibiców, a gdy trafiliśmy pod kasy na niecałe dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem, na terenie stadionu była już co najmniej połowa. Licznie oblegali punkty z żarciem, pili piwo na trawce (oczywiście zero reakcji spokojnej policji), pełen stanów lękowych po polskich przypadkach byłem prawie pewien, że zastanę jakiś kasowo-biletowy Armagedon. Nic z tych rzeczy, kasa była… pusta. Dosłownie jako pierwsi kupiliśmy sobie bilety po 29 euro, a jakiś dziad z plakietką Herthy spytał, czy może nam w czymś pomóc. Ukryta kamera?

Zadowoleni idziemy zrobić rundkę dookoła obiektu. Stadion zbudowany na Igrzyska Olimpijskie w 1936 roku miał być godny 1000-letniej Rzeszy, a decyzję o przebudowie starego obiektu wydał sam Adolf Hitler. I trzeba przyznać, że robi wrażenie i faktycznie, mimo murzynów na trybunach, ma w sobie coś nazistowskiego…, he, he. Dookoła typowe, kiczowate stoiska z pamiątkami, niektóre wzory miały być ultrasowskie, ale to kto w nich stał pozostawię bez komentarza. Obok stoiska z odznakami spotykamy jakichś Angoli, w tym takiego, który miał dziary jakby się popisał długopisem – np. WHU z młotami. Ładne to rozumiem, ale tak się oszpecić? Trzeba być nawalony jak Angol. Widząc powszechny piknik i melanż, wchodzimy na stadion.

Za bramą kibicowska budka Herthy, co przyjmuję z radością. Wydaję eurosy na magazyny kibicowskie, fajnie, że prócz świetnego „Blickfang Ultra” mają tam różne ziny. Jednego z nich sami wydają – „Kurvenecho” wychodzi w nakładzie 2.500 egzemplarzy i jest rozdawany za darmo. Czterostronicowy fanzine to typowe kiedyś w Polsce pisemko klubowe, zawiera relacje z meczów, felieton oraz tekst dotyczący choreografii na dzisiejszym meczu. Internet nie przeszkadza Niemcom kultywować zapominanej u nas tradycji. Robią to Ci goście: LINK.

W okolicy budki obserwujemy typów, którzy bardziej wyglądają na fanatyków futbolu w naszym klimacie, ale nie ma ich na BSC zbyt wielu, tym bardziej w stosunku do obrzydliwych niemieckich pikników. Czuć tu jednak, to zapiszę im na plus, bardzo żywe zainteresowanie meczem, taką jakby futbolową kulturę – dzień meczowy jest z pewnością bardzo ważny i zauważalny, ludzie żyją tym.

No dobra, wchodzimy na trybuny, powoli zapełnia się Olimpijski. Gości jeden dwupiętrowy sektor i jeden dolny, oddzielony miejscem na znicz olimpijski! Kilka tysięcy… Co ciekawsze, te red bullowe wynalazki śpiewały tak, że zagłuszyły prawie 60 tysięcy miejscowych! Niezłe jaja…

Hertha wystawiła młyn, ale aktywnie śpiewało może kilkaset osób, reszta stadionu pozostała cicha! Gospodarze wywiesili flagi, w tym takie swoich grup. Wiele flag wywiesili goście. Kibice obu klubów machali flagami na kijach, poza tym RB trzymali jakąś pseudosektorówkę i prowadzili naprawdę niezły doping, część na dole próbowała zachowywać się jak ultrasi, ale kim są i będą dobrze wiemy.

Tak jak się spodziewałem, gospodarze prezentują oprawę anty. Najpierw transparenty na czarnym tle mówiące o zabijaniu futbolu, a potem większe flagi i sektorówka na ten temat. Widniały na niej wizerunki jakichś konkretnych działaczy. Przez cały mecz Hertha prezentuje kolejne transparenty, w tym mówiący o tym, że w Lipsku są tylko LOK i Chemie. Rzucają trochę serpentyn i na tym ich kiepska ogólnie prezentacja się kończy. Są przykładem jak nie wykorzystać potencjału tylu osób.

Sam mecz słabszy niż się spodziewaliśmy. To co wyczyniał bramkarz Herthy wołało o pomstę do nieba, wiele akcji przypominało raczej okręgówkę, a mówimy o drużynach, które zagrają w europejskich pucharach i są na czele Bundesligi! Goście wygrali 1-4 i zrobili kolejny krok w stronę małego zwycięstwa zmodernizowanego futbolu. Życzę im oczywiście wszystkiego najgorszego.

Z Olimpijskiego wychodzimy przed ostatnim gwizdkiem. Udaliśmy się na stację, gdzie podstawionych jest już kilka pociągów. Z takimi samymi jak my, „niewiernymi” – tyle, że w barwach Herthy, opuszczamy olimpijskie tereny Rzeszy.

Nie był to mecz, który będę wspominał… nawet godzinami, więc pozwólcie, że z ulgą skończę. Tak, czy siak – była okazja, trzeba było odhaczyć.

ŁG