16.06.17 RECENZJE: „Droga życia” (dramat przygodowy, 2010).

Santiago de Compostela to jedno z popularniejszych miejsc na świecie będących celem pielgrzymów. Co roku odwiedzają je setki tysięcy ludzi. Oczywiście wśród nich sporą część stanowią zwykli turyści, zwabieni popularnością drogi św. Jakuba, do czego swoją cegiełkę dołożyli znani pisarze (m.in. Coelho), czy sportowcy (Iniesta, Torres, Marchena i Busquets). Po obejrzeniu „Drogi życia” do tej listy można spokojnie dopisać Emilio Esteveza i Martina Sheena. Jest to historia szanowanego doktora, którego syn postanawia zerwać z dotychczasowym, nudnym, życiem i wyjeżdża do Europy. Niedługo potem, Tom dostaje telefon z Hiszpanii z wiadomością, że Daniel nie żyje. Niezwłocznie udaje się po ciało i kiedy na miejscu okazuje się, że jego syn zginął pielgrzymując do Santiago de Compostela, postanawia za niego dokończyć trasę.

Wyrusza w kilkuset kilometrową wędrówkę szlakiem prowadzącym górzystymi terenami półwyspu iberyjskiego, bez żadnego przygotowania, za to z urną z prochami Daniela… Czytałem kilka opinii o tym filmie, że to „prawdziwa duchowa uczta”. Czy się z tym zgadzam? No nie wywarł na mnie aż tak wielkiego wrażenia, trochę za lekko potraktowany został temat śmierci bliskiej osoby i cierpienia, w pewnym momencie zrobił się z tego film prawie przygodowy. Za to nieźle została ukazana stopniowa przemiana duchowa towarzyszy Toma, a przynajmniej części z nich (ich deklarowany powód pielgrzymki, a rzeczywisty). Fakt, film daje trochę do myślenia, po co ten cały pośpiech, stan posiadania i czy jest coś ważniejszego, do poznania tego trzeba zerwać z dotychczasowym życiem.

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że Emilio Estevez, który wyreżyserował ten film, naprawdę jest synem Martina Sheena. Mogło być lepiej, ale nie żałuję tych dwóch godzin spędzonych przed monitorem.

                                                      Antyanarcho