16.06.17 Kochać. Nienawidzić. Fragment „Dziennika…”.

Słucham nowojorskiego jazzu na słuchawkach, w tym samym czasie czytam biografię Amy Winehouse, z którą ojciec, angielski Żyd, biegał za dzieciaka na (a jakże) Tottenham. Jestem za czymś na zasadzie segregacji, ale w przeciwieństwie do niektórych nacjonalistów – ci chrześcijańscy widzą w innych ludzi. Koleżka z Aleppo jest dla mnie koleżką z Aleppo, nie podczłowiekiem. Amy, żydówka, ale… co ona wie o Izraelu? Niestety, migracja jest winna chaosu w narodach, mimo że owoce nie zawsze są całkiem zgniłe, to naturalne. Prócz kwestii rasy istnieje wiele innych kwestii oceny. Ja jednak nie o tym. Ojciec Winehouse zdradził żonę, córka pełna uzależnień – w tym od seksu, a na kartkach biografii i w piosenkach tak wiele słów o miłości, uczuciach…

Moim zdaniem niewierzący w Boga nie rozumieją do końca miłości. Jezus Chrystus tak kochał swego Ojca, że poszedł za nim do końca – aż po śmierć na krzyżu i nakazał tym samym widzieć sens w wierności. A Mitch Winehouse nie potrafi nazwać faktu, że zdradził żonę z jakąś menadżerką. „Po prostu poczuł coś do innej kobiety”? Nie…, po prostu złamał przykazanie i nie pohamował żądz. Te ostatnie – żądze – miały również władzę nad jego córką, królową jazzowych ballad.

W jednym z nowszych światowych bestsellerów – „Cieniu góry”, GD Roberts też rzuca „miłością” do każdego na lewo i prawo, tym razem w klimacie duchowości odległych Indii. Nie łykam tego, a tym bardziej nieumiejętności nazwania rzeczy po imieniu. „Tego kocham”, „tą kocham”…, a najbardziej chyba kochasz samego siebie.

Wiem, nie zawsze jest łatwo wytrwać. Jak prosto czcić Boga w tekstach, w kościele, a jak trudno w życiu! Zdusić w zarodku wszelką zazdrość, zawiść, kompleksy, żądze, lub potrzebę dowartościowania, którą każdy gdzieś tam głęboko w sobie kryje. Ale to są narzędzia, które możemy wykorzystać do stawania się lepszym człowiekiem. Do wzrastania. Śmierć Jezusa na krzyżu dała nam szansę, by to co złe w człowieku po grzechu pierworodnym mógł on przemienić w dobro i się zbawić. Pozostać prawym na tym świecie, by cieszyć się wiecznością i… by być prawym. Niektórzy zło jako narzędzie przyjęli bardzo dosłownie – weźmy chociażby Maksymiliana Kolbe, Teresę z Kalkuty, czy Brata Alberta.

Czujecie ten sens? Ja też, ale inną sprawą jest za nim pójść na dobre i na złe. W każdym razie – trzeba to mieć w tyle czaszki, nosić niczym obrączkę.

Na drodze wpadamy nie tylko na gałęzie, ale i na chwasty. Życie w spokoju zakłóca nam nie zawsze System, czy własna pycha, ale również frustraci, każdego dnia podsycający małe i wielkie kłótnie tego świata.

Na przykład człowiek stary, schorowany, niewierzący, wydający się być niereformowalnym. Mam takiego w obrębie swej orbity, powiedzmy że wynajmuję od niego nieruchomość. Ma tych nieruchomości wiele i niestety wielu pracowników. To z jakim traktowaniem się spotkaliście w korpo możecie schować w kieszeń, bo ten przebija wszystko. Sama jego twarz jakby zastygła w grymasie złości.

Przykładowo komuś się przy nim powiedziało, raczej tak od niechcenia – dla podtrzymania rozmowy, że spożywa właśnie nieco zimną zapiekankę z jego sklepiku. Przy nas dziadek zadzwonił do pracownika, wyzywał go od chujów, bredził, że ma na piśmie reklamację za zapiekankę (!) i że jeszcze raz, a tamten będzie za darmo trzaskał godziny. Wyzywa pracowników jak szmaciarzy, wyrzuca za damski, znany w mieście biznesmen, a wysławia się jak stereotypowy SBek przyjęty do służby wyłącznie po znajomości, bez żadnego wykształcenia. Myślał, że nam imponuje tym teatrem żenady. Darł mi się ostatnio o jakieś płyty, które ktoś mu ukradł, czy to oby nie ja.

Raczej tragiczny niż straszny, chodzi, trzęsie się, jego syn mówi, że ze zdrowiem ostatnio lipa, więc tym bardziej mu siadło na banię. Ale wcześniej nie było lepiej. Arogancja podsycana jest pieniędzmi i władzą z nich płynącą. Idealnie sprawę załatwił święty Franciszek z Asyżu, oddając publicznie ubranie bogatemu ojcu i mówiąc, że on tego wszystkiego nie chce. Ale my nie jesteśmy święci i pewnych rzeczy chcemy, a czasem potrzebujemy do przeżycia. Środki do tego potrzebne często są w rękach chamów, na nasze nieszczęście.

Wiara pozwala jednak patrzeć na nich nie jak na wrogów, lecz jak na biednych i potrzebujących – Ciebie Boże – grzeszników. Co mi z nakrzyczenia, a tym bardziej z uderzenia dziada? Najgorszy jest ten pierwszy impuls (honor), jego się boję, bo później to już jest tylko modlitwa, by coś go uratowało z tego dna, na którym znalazł się jego duch. Najlepiej by trafił na ścieżkę do Pana, bo wtedy idealna miłość sprawi, że sam się naprawi.

Myślę, że dla takiego człowieka nawrócenie to jedyna szansa. Nie wszyscy jednak się nawrócą, opisane są przypadki bluzgających nawet na łożu śmierci starych komunistów. Tym bardziej żal. Zanim umrą cieleśnie, uduszą się swoją własną nienawiścią, tą toksyczną śliną lecącą im z pysków. Czy psychologowie mają rację i oni po pierwsze nienawidzą samych siebie? Czy dopada ich tego typu refleksja?

Za mało modlitwy, chorałów i… jazzu, heh. Mnie pomagają odsunąć tego typu gałęzie, przynajmniej przez większą część tygodnia.

ŁG

(fragment „Dziennika odsuwania gałęzi” 2017)