7.07.17 Legia Warszawa 1-1 (karne 3-4) Arka Gdynia (Superpuchar).

Czym jest przemawiający w stolicy Donald Trump przy przemawiającym z murawy stadionu Legii Jurasie…? No właśnie…, niczym, heh. Lato w pełni, a ranga meczu niezbyt wysoka, więc bilety były taniutkie. Był to strzał w dziesiątkę, bo Łazienkowska zapełniała się, jak na 7 lipca, szybciutko! Zawsze na początku nowego sezonu wraca do mnie podobna refleksja związana z powrotem sportowych emocji. Mecz Legii to dla mnie cześć życia, część patriotycznej kultury. Jestem na meczu najlepszej dyscypliny sportu (dla kibica), najlepszego klubu, pełnego szemranych typów, kojarzonego z nacjonalistycznymi poglądami i reprezentującego polski futbol, ale i często polski ruch kibicowski za granicą. „Legia!” – i tyle w temacie, kumasz?

A nasz piątkowy rywal? Arka to ekipa pucharowo niewyżyta, heh, więc mobilizowała się na przyjazd do Warszawy. I fajnie – przynajmniej nijaki zazwyczaj początek sezonu nie był aż tak nijaki. Wsparcie ziomków zapowiedzieli zgodowicze, również pucharowo niewyżyci, a zatem zapowiadało się na głośny doping płynący z sektora gości.

Legia przystąpiła do inauguracji po dwóch wygranych sparingach – z Płockiem i ziomkami z Radomia. Przede wszystkim jednak wyjaśniła się sprawa z rodowitym Belgiem, heh, Odjidją-Ofoe, który miał odejść do Krasnodaru, ale ostatecznie nie przyjęli tam tego typu „uchodźcy” – ponoć zbyt chory jak na ten kraj. Ostatecznie odszedł do Olympiakosu Pireus. Kto widział na Łazienkowskiej więcej niż dwa sezony, ten wie, że znajdzie się jego godny następca. Ważne, by np. taki Kucharczyk trafił w odpowiednim momencie i dał nam kolejną Ligę Mistrzów.

A propos. Ostatnio prowadziłem trening i montowałem dzieciakom, że nawet jeśli przeciwnik jest wizualnie większy – mają podjąć walkę i mogą zaskoczyć. „Jak Legia z Realem u siebie”, odpowiedział dziewięciolatek. Otóż to. Tworzą się mity w młodych głowach… Niby w fazie grupowej nic nie wywalczyliśmy, ale były i są powody do dumy.

Tymczasem przydałoby się w końcu wygrać ten Superpuchar, bo zbyt długo oddawaliśmy go w cudze ręce. Tuż przed meczem na Łazienkowską trafił Mączyński – kolejny Judasz, który powinien po prostu grać, a gębę mieć zaszytą (+ zakaz wypowiedzi), bo co nie powie – jest to prawdopodobnie miękką pytą podparte, wiecie o czym mówię… Sportowo chyba całkiem niezły ruch, bo czego tu się spodziewać jak nie reprezentantów, coraz lepszej przecież, Polski. Ex-Wiślak jednak w piątek jeszcze nie zagrał.

26.756 widzów. Żyleta pełna, z dobrym dopingiem i flagą przypominającą Wołyń oraz fakt, że UEFA wspiera terroryzm. Arki całe górne piętro sektora gości (ok. 800? W tym Lubin i Koszalin) z konkretnym pokazem pirotechnicznym w drugiej połowie. MZKS rzucił świecę i kilka stroboli na dolną trybunę sektora gości, po której za chwilę chodzili sobie stewardzi i strażacy. Dziś niestosownym jest wspominać, jak do młynów i do sektorów nie wpuszczało się takich ludzi? Dziś fani raczej wolą kręcić telefonami swój własny pokaz niż strzec twierdzy. Czepiam się? Nie odbierajcie tego tak…, po prostu pamiętam, nie tak dawny, punkt odniesienia i duże oburzenie, że jakakolwiek ochrona stanie na naszym (w sensie kiboli) terenie (oburzenie za czasów konfliktu z ITI).

Z perspektywy trybun mecz nie był zbyt porywający, czego się raczej większość spodziewała i po bramkowym remisie następuje seria rzutów karnych. CWKS nie strzela dwóch i z Superpucharu kolejny raz cieszy się rywal Wojskowych. Łazienkowska 3 szybko pustoszeje. I tyle o tym meczu.

W środę wyjazdowy mecz LM z IFK Mariehamn, a w sobotę rusza nowy sezon – Legia pojedzie do Zabrza na pojedynek z dobrze znanym beniaminkiem. Krótka była ta przerwa…

ŁG