8.07.17 Nadzieja. Fragment „Dziennika…”.

Mamy chociaż super wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. Ci, po których wracamy mogą takich nie posiadać w ogóle i to od nas zależy, tak od Ciebie – chuligana, czy niekochany człowiek pozna coś pozytywnego, pozna miłość. Fanatycy muszą przełamać obojętność póki mamy czas – póki mamy czas zaznać prawdziwej miłości. Wywalanie komuś tapczanu pełnego robaków przez okno tylko w połowie jest pomaganiem mu w ogarnięciu chaty, druga część – i to ta podstawowa – to budowanie w nim pozytywnego wizerunku drugiego człowieka, który mógł być pogrzebany już u startu, np. za sprawą pijącego i bijającego ich ojca oraz obojętnej matki, która na to patrzyła i nic nie zrobiła. Ona też od dzieciństwa myślała, że tak po prostu musi być, gdy obserwowała w chałupie kolejnych pijanych wujków, z których co któryś przypadkiem klepał ją w młody tyłek. Nikt nie wypłacił tym wujkom jakże potrzebnego kopa w ryj.

Na to nie ma pomysłu żaden z polityków, którzy pojawiają się na osiedlach biedoty tylko na plakacie, w okresie poprzedzającym wybory. Wypastowane buty nie wchodzą po czymś co kiedyś było schodami, nie mijają na klatce dzieci wciągających mefedron z parapetu z grubą warstwą kurzu…

Ich rodzice też głosowali za „+500”, nie zaprzeczam, i było to pewnie jedyne hasło polityczne, które do nich dotarło. Może patologia się powiększy, a może się przerwie? Bez jakichkolwiek środków pozostajesz w głębokiej depresji. Mały zastrzyk może być również impulsem do pozytywnej zmiany. Nadzieją. A światełko do ciemnych kamienic o brudnych szybach nie dociera codziennie.

Tak…, gdy rodzina karmi się za 10 zł dziennie, 500 zł może być nadzieją. Tak, gdy obu rodziców jest ciężko chorych, odmalowanie im pokoju może być nadzieją.

Kiedy tak stoję, jak na 3 stronie tego dziennika, też liczę, że jestem nadzieją dla jakichś osób, które być może stoją trochę z przypadku w tej kościelnej ławce i myślą, że to tylko dla dewotów. Jest nas wielu, tak myślę – normalnych facetów, którzy nie wstydzą się Jezusa i pociągną za sobą innych. Wielu po przejściach. Tak to już jest. Część zawsze pozostaje umiarkowana, a niektórzy – jak my – zawsze skrajnie, zawsze dalej niż ogół.

Byłem właśnie na spotkaniu wspólnoty, ale tracę nadzieję, że chodzi tam głównie o Jezusa. Pewnie też, ale w połowie o zajmowanie czasu i akt twórczy, który u mnie ma już ujście i to w niejednym – czy to w pisaniu, czy w prowadzeniu młodych sportowców. Moje przywdziewanie białej szaty ma ocierać się o mistycyzm, on jest mi bliski. Na godzinę mogę stać się mnichem w mieście i bardzo mi to pomaga. Obawiam się jednak, że i to się kończy z czasem, gdy poznałem wielu ludzi. Kolejne szczegóły, detale, plany na poszczególne części mszy, trochę za dużo by przeżywać te mistyczne chwile, tak jak pisałem wcześniej – ta służba staje się czymś na zasadzie pracy, przynajmniej dla mnie.

Pewnie wrócę tam nie jeden raz, by zaświecić łysą glacą, ale tylko po to by dać nadzieję i przede wszystkim połączyć się przy ołtarzu, modlitwie i pięknym śpiewie z Jezusem Chrystusem. To On ma być najważniejszy, ma być centrum. Byłem na kilku spotkaniach tej wspólnoty i zbyt mało rozmawia się tam o wierze. Jak to często bywa, czy z ruchem kibicowskim, czy z wiarą… czym więcej naiwności tracisz, a więc czym głębiej wchodzisz – tym mocniej pozbywasz się nadziei.

Ale On i Twój mistycyzm Cię nie zawiodą… to uczucie raz będzie, raz nie, ale będzie wracać – czasem nawet mocniej. Bóg mówi w ciszy.

ŁG

(fragment „Dziennika odsuwania gałęzi” 2017)