9.07.17 RECENZJE: „Zaćma” (film biograficzny, Polska, 2016).

Późny wieczór chłodnego lata, C+, film „Zaćma” o słynnej „Krwawej Lunie” – czerwonym kacie ze szlugą i w spódnicy. Julia Brystygierowa. Żydówka, przedwojenna komunistka. Znajdźcie sobie w Internecie jej prawdziwe zdjęcie i dostrzeżcie zimno tych oczu. W okresie stalinizmu „Krwawa Luna” słynęła z okrucieństwa, także jako dyrektorka V Departamentu kontrolującego Kościół. W filmie Ryszarda Bugajskiego dosięgają czerwoną Julię wątpliwości i coś na zasadzie wyrzutów sumienia, poszukiwania Boga. Tak więc mamy tu do czynienia z kolejną próbą tłumaczenia zła (klimat: „ludzie jak to ludzie popełniają błędy”), jak chociażby w książce „Judasz” pani Lee. W związku z tym pojawiają się słuszne zarzuty o wybielanie kata. Część prawicowych recenzentów przesadza jednak zrównując „Zaćmę” z ziemią – film generalnie oglądało się nieźle, a komunizm nie został w nim rozgrzeszony. Raczej idziemy w kierunku skandynawskim, gdzie „rozumie się błędy człowieka” i w efekcie takiego myślenia wymiar sprawiedliwości stał się niemal karykaturalny, o czym długo opowiadał mi kibic Legiuni, który tam siedział, a nawet dwóch kibiców (jeden po Broendby-Legia, drugi za kradzieże).

Funkcjonariuszka UB domaga się pilnego spotkania z prymasem Wyszyńskim i w tym celu wyrusza do podwarszawskiego zakładu dla ociemniałych. Miejsce akcji – klimatyczne, jak wszystkie, gdzie co chwila pada deszcz, heh. Gra aktorska – w tym głównej bohaterki – na wysokim poziomie. Fabuła kręci się wokół rozmów Julii z osobami duchownymi, jej wewnętrznych walk, wspomnień z czasów katowania patriotów. Rozmowy prawdziwej Brystygierowej z prymasem Wyszyńskim do dziś rodzą nowe domysły historyków, Bugajski ryzykuje (a może właśnie nie ryzykuje…) i pokazuje nam rozklejoną oprawczynię, do której dociera świadomość wyrządzonego zła. Kto wie jak było… Wszak to całkiem prawdopodobne (ja np. nie rozumiem jak można się nad kimś znęcać i nie mieć wyrzutów…).

Julia Brystygierowa była – w przeciwieństwie do wielu czerwonych katów – wykształcona, pani doktor, próbowała też swoich sił w pisaniu. A mimo to zachowały się przekazy o tym, że lubiła katować zatrzymanych, przypalać ich szlugami, a nawet trzaskać ich jądrami w szufladzie. Robiła to świadomie – budując komunistyczną Polskę, z cytatami czytanych ideologów w głowie. Piszę o tym, bo ciągle nie kumam jak można połączyć dwie cechy: myślenie i sadyzm…

Jak będziecie mieli okazję – rzućcie okiem, chociażby po to by przemyśleć poruszone w recenzji kwestie.

ŁG