10.07.17 Czekając na starą…

Wszystkie dzieci odebrane ze szkoły, a on jeden czeka. Jako, że ledwie skończył osiem lat i jest nieco cofnięty w rozwoju (brak rozmowy w domu…), mały umysł nie podpowiada zbyt racjonalnych pomysłów. Płacze, grzebie kijem w ziemi i wymyśla jakieś bzdury, co minutę pytając mnie o coś w związku z owymi bzdetami. A może przez wiatr drzewa spadły na jezdnię? Może był wypadek? Może mama dostała mandat?! Ona ma długi, a tu jeszcze jej wlepią karę… o Boże! Mama ma długi, a teraz dostanie przeze mnie mandat! Powtarza się, panikuje. Jedną ręką dłubie kijem w ziemi, a drugą miętoli brudne, ciut za duże dresy – nieadekwatne do dusznej pogody.

Siedzę na ławce czekając z podopiecznym na mamę, słuchając go czuję się jak podczas psychoz poamfetaminowych, które niegdyś obserwowałem równie blisko (a nawet bliżej…). Żywy przykład małego dziecka z traumą zostawiających go pato-rodziców. Pytam, czy często mama się spóźnia. Tak, często. Mama jest leniwa, w dodatku często psuje jej się budzik. No i te drzewa, wypadki, mandaty… wymówek jest zawsze wiele. Zawsze akurat ona ma pecha i nie widzi w tym nic niestosownego! Zawsze znosi je sam, kiedy inne dzieciaki dawno poszły już na lody, lub do domu. Ciche rany, na które ciężko znaleźć sposób – przecież jego rodzice musieliby się jeszcze raz urodzić, bo nic do nich nie dociera.

Wszystko wyjaśnia się, gdy w końcu docierają i czuć od nich pewną truciznę. Młody kiedyś zrozumie, że to nie wina budzika… Chyba, że mu samemu „nie będzie się włączał”.

Pośrodku jest wielu, na szczęście, normalnych chłopaków. Dowód na to, że większość jednak jest umiarkowana i przynajmniej stara się, by było dobrze.

Na drugim biegunie płaczki, których mama nie tyle jest ostatnia, co… zawsze pierwsza. Jeden podopieczny nosił zdjęcie mamy w jednym, a taty w drugim bucie. Byle nie zgubić! Codziennie zaczynał od wygłaszanego przede mną monologu, że tęskni za przytulaniem mamusi i nie może sobie z tym poradzić (tylko 7 dni rozłąki, które normalne dzieciaki przetrzymały bez problemu).

Fajnie, że dziecko kocha rodziców, ale, by zrozumieć negatywny kontekst należałoby zobaczyć tego chłopca, gdy przebywa razem z rodzicami. Dziewięciolatek zamiast biegać z chłopakami i grać w piłkę, praktycznie nie jest puszczany z objęcia nadopiekuńczej matki. Cokolwiek się stanie, a mama jest w pobliżu (a zazwyczaj jest) – leci ratować młodego „z opresji”, wycierać, podcierać, pytać, czy wszystko ok. Jak taki gościu ma stać się mężczyzną? Mężczyzna to ktoś kto potrafi wyrzec się swojej wygody i strachu dla obrony wartości, rodziny, ojczyzny… Czy taki chłopak obroni rodzinę, czy raczej będzie płakał, by to ona go obroniła?

Nie wiem…

Tak jak nie wiem, co powiedzieć chłopakowi, który kolejny raz w swoim młodym życiu czeka zalany łzami na śmierdzącą wódą starą…

Jeszcze taka dygresja. Kilka razy przez te – czas leci – kilka lat pracy z dziećmi, kilkoro z nich nie wytrzymało i otworzyło się z płaczem. Nie zawsze udaje im się udawać – po prostu nie wytrzymują ciśnienia. W domu, w szkole… Najbardziej serce boli, gdy wyjący dzieciak zwierza się ze swojego krzyża, który nosi w podstawówce, a ty w opisywanym oprawcy, kiwając ze zrozumieniem głową, widzisz… siebie ze szkolnych lat. Szkolnego cwaniaczka z ostatniej ławki, który depcze wyróżniającą się czymś dziewczynkę, bo jest trochę inna. Zawsze znaleźliśmy sobie coś do pośmiania, z dzisiejszej perspektywy pierdoły, ale dla dziesięciolatki będące niczym pętla na szyi. To straszne ile wtedy się w dzieciaku rozgrywa, kształtuje. Czy będzie nienawidził, kochał, bał się, walczył ze wszystkimi maczetą z Obi? Laska zostanie dziwką, a może podbije świat, ale tak na przekór jemu? Jak odnajdzie się w pieprzonym „Sin City”, miastu grzechu? Wystarczy, że ktoś zadrwił z czegoś, na czym normalnej dziewczynie zależało i może wystarczyć, by skończyła u psychologa – poznałem taki przypadek. Dzieciaki nie rozumieją, że to co ktoś mówi może być – zazwyczaj jest – gówno warte…

ŁG