10.07.17 Refleksje po hamburskim weekendzie z G20.

Zakładam kask, na który wszyscy narzekają („nie chcę tego, po co mi!”), ale który jest obowiązkowy w walce sportowej. Zakładam szczękę, ochraniacze i inne obowiązkowe elementy stroju do walki. Cholera, jakie to niewygodne – myślę sobie, ale coś przywołuje mnie do porządku. Gdy sięgniemy inspiracją do naszych rycerzy, czy do japońskich samurajów…, który z nich miał wygodnie? Hełm oznaczał wojnę. Wciskam piankowy kask, przez niego pot leci mi strumieniami z łysej czaszki, ale to zaszczyt się tak pocić – pocić się jak wojownik, nie jak grubas z chipsami, wchodzący właśnie w trudach po schodach na pierwsze piętro swojego mieszkania. Wychodzenie na trening w upał, ubieranie tego badziewia, pralka pełna przepoconych szmat. Takie jest życie będące walką. Podobnie jest z zamaskowanymi demonstrantami. Telewizja wyzywa tych lewaków, ale przesadza – tak jak przesadzano, gdy hejtowano nas za rozruchy na najlepszych, świętej pamięci marszach 11.11.

Antyglobaliści w Niemczech rozpoczęli protest przeciwko G20 od happeningu „srebrnych zombie”. Można się śmiać, „sąsiadki z siatkami” powiedzą: ale po cholerę oni chodzą udając zombie…, nie wiedząc być może, że ci zombie oznaczają… ich samych, lemingów tkwiących w uśpieniu. Ludzie żyją jak zombie i nie widzą szansy obalenia złodziejskiego systemu, nie przejawiają chęci aktywizmu. „Krwawych diamentów”, czy innych patologii związanych z wyzyskiem Trzeciego Świata (i nie tylko) w ogóle nie dostrzegają.

Słucham wiadomości dotyczących Hamburga, jakiś Niemiec wypowiada się, że nie rozumie walk, bo przecież gospodarczo wszystko jest u nich w porządku i jako Szwab wszystko ma. Nawet nie pomyślał o tym, że lewusom chodzi o wyzysk, którego on (oni często też) nie widzi swoim pokrytym tłuszczem okiem, o coś większego niż trasa dom-praca-MC Donald. To problem dzisiejszych ludzi Zachodu – tylko ja, mój smartfon i strzeżone osiedle. PiS chciał mi pokazać w TV wywiady z ludźmi, którzy mają dość zamieszek ekstremistów, a pokazał mi przede wszystkim smutnych zombiaków, do których niewiele dociera – zresztą PiSowski elektorat to właśnie często takie same osoby. Nie rozumieją niczego poza tym, co im oficjalnie przedstawiają. Sorry, ale tak właśnie jest. „Ale Trump powiedział”… Dobrze, dobrze.

Doskonale pamiętam jak nas wyzywali tak samo jak dzisiaj lewusów – wyzywali mnie na łamach prasy, w TV, wyzywali mnie także oko w oko policjanci. A my mamy poglądy i chęci ich bronić. Wojownicze życie ceniliśmy bardziej niż kanapowe, przynajmniej dopóki marzyliśmy o jakiejś nadziei (to nie błąd, tak miałem napisać – dziś już o nadziei nawet nie marzę, chyba przez to mniejsze zło, które aktualnie rządzi…).

U lewaków dużo jest patologii, ale stworzyli sobie swoje państwa w państwie, jak squaty i to daje im podstawy oraz nadzieję. W Niemczech mają całe dzielnice, tworzą takie zjawiska kontrkulturowe jak całe słynne St. Pauli, które żyje własnym życiem na ile tylko może. Gdy kilka squatów istnieje obok siebie i ludzie zauważają, że może być inaczej, na innych zasadach niż powszechnie przyjęte… nic nie stoi na przeszkodzie, by raz na jakiś czas wyjść poza obręb własnego terytorium i zdewastować kilka witryn znienawidzonych marek (to, że ma tam miejsce hipokryzja to ja wiem, tak jak u nas są „obrzygani patrioci z browarem w ręku”, tak też u nich np. złodzieje…).

To nie są moi ludzie. Tam walczą osoby okłamane, że wszystko jest faszyzmem, imigranci, wielu dewiantów. Zapewne też pewien procent normalniejszych niemieckich aktywistów, którym chodzi o chorobę globalizacji i kapitalizmu. Nie utożsamiam się w pełni, ale narracji z prawicowych mediów nie mam zamiaru się poddać… Wyszli, zrobili swoje – jak od wielu szczytów. Ich postulaty są dostępne w wielu miejscach. TV nie ma interesu ich przedstawiać.

Tak jak nas nie chcieli dopuścić do głosu w 2011.

ŁG