14.07.17 Nieopłacalne spędzanie czasu.

Znalazłem przypadkiem kumpla z podstawówki – w Internecie (mieszka w innym mieście). Lubiłem gościa, więc zagadałem, co tam słychać i że można się spotkać powspominać solówki na przerwach (pamiętam, że przewalczył jedną z… całą kanapką w ustach, po prostu zwolnił w ten sposób ręce – i nawet nie ucierpiała, heh), czy grę w piłkę. Spoko, wszystko fajnie – trochę gadamy jak za starych czasów, a kilka dni później gościu proponuje mi spotkanie… biznesowe, bo on jest czegoś tam przedstawicielem. Kopara mi opadła i zrezygnowałem z odnowienia kontaktu. To już nie jest Pawełek tylko przedstawiciel firmy X. Schowali się po różnych mrocznych instytucjach. Pożarła ich galopująca prostytucja – Republika sama ciśnie się na usta.

Ogólnie ludzie pędzą i nie chcą gadać szczerze o życiu, o jego ewentualnej złej stronie (to przecież złe sytuacje najbardziej nas kształtują), o tym co nas spotkało. Świat jest taki kurde zajebisty i nastawiony na sukces, że strach się w nim przyznać do słabości, do porażki. Być gościem, który ma wątpliwości, któremu się czasem nie chce, miewającym rozterki, niezdecydowanym, gdzieś przegranym… Oczywiście każdy tak czasem ma, ale ciiiiicho – nie dopuszczaj! Odrzuć!

Dzieje się to w sprawach tak błahych, że grzechem byłoby tego nie wyśmiać. Niskobudżetowych „championów” z facebooka. Doprowadzone do skrajności „nastawienie się na sukces” nie da Ci spokojnie spać, spokojnie odpoczywać, trochę się ponudzić. Każda sekunda bez „kroku na przód” będzie stracona. I może nawet byłoby to śmieszne, gdyby matki nie zabijały aborcją swoich dzieci z powodu wygody, a były kumpel nie zmieniał kawy z ziomkiem we wciskanie mu towaru.

„Każda sekunda jest cenna” to przeciwieństwo odpoczynku w Bogu, który daje niesamowity pokój. „Ale po co ja tu siedzę?” – pytałem sam siebie na początku nawrócenia podczas wizyt w kościele, „tracę czas, mógłbym przecież to, to i tamto”. Dziś tylko szukam okazji, by iść do świątyni i po prostu patrzeć. Patrzeć na tych, którzy są miłością – Jezusa, Maryję, świętych. Potrzebowałem modlitwy i czasu, aby zacząć dostrzegać jak w ogóle ta miłość wygląda. Bez wiary nie widzi się miłości, a przy dobrej nowinie wszystko jest tylko jej mniej, lub bardziej żałosnym substytutem. Wiele razy spotkałem się z sugestiami, że ktoś nie ma czasu na msze, a co jeszcze na adorację w tygodniu… Też nie miałem, ale nie odpuściłem szukania i znalazłem tam „coś”, co regularnie wyciąga mnie z domu. Nie dla kasy i nie dla „szybkich efektów”.

Robimy jeszcze w życiu coś, co się „nie opłaca”?

ŁG