14.07.17 Zestaw, który musisz zabrać na wojowniczą drogę…

Chcę przeżyć te chwile satysfakcji, radości z triumfu! By je jednak przeżyć, najpierw muszę ciężko pracować, a następnie w najważniejszym dniu wygrać. Znane, proste, lecz ciągle od nowa wymagające. I kuszące, wciągające… A czas leci, łydy coraz mocniej to odczuwają. Czas leci na minus dla ciała – mimo wszystko kalendarza nie oszukasz, ale na plus dla doświadczenia i psychiki, więc to nie tak, że tylko tracisz atuty przed małolatem będącym w pełni formy fizycznej. Coś za coś… jak to w życiu, buntujące się powoli ciało za coraz większy spokój psychiczny. Kiedyś byłem na takim jednym szkoleniu i starszy, ale trenujący ciągle trener kickboxingu śmiał się sam z siebie, że potrzebuje pewnego zestawu supli żeby w ogóle jego organizm mógł „odpalić”. Paliwo – „odpalenie”, a potem (po treningu/walce) znowu stoi jak grat, a do kibla wstaje niczym inwalida. „Sport to zdrowie”…, co nie? No, ale gdy już odpali, będzie dla tego w pełni formy młodziaka sporym zagrożeniem, bo wie co i jak, gdzie i kiedy „girę wsadzić”. Wiek nie jest wymówką. Mi wręcz pozwolił poukładać sobie wszystko w głowie (bo w łydach to się samo układa, heh).

Po tym jak już wmówiłem sobie, że ponownie muszę wygrać (bez tego się nie obędzie, to fakt) – jest czas na krótką modlitwę na sali, przed wyciskiem. Bo z jednej strony po to ćwiczę i podejmuję wyzwania, by wygrywać, ale z drugiej nawet jeśli na turnieju wydarzy się jakaś klęska – tak naprawdę za klęskę nie mogę tego uważać. Klęska to jest w Syrii, Afryce i w sercu lenia. Dziękuję Panie Jezu za to, że jestem zdrowy i mogę trenować.

Dla wojownika najważniejsza jest sama walka, a nie jej wynik – wynik to przecież sprawa otwarta i taką na zawsze pozostanie, bo nie ty jeden chcesz być zwycięzcą i nie ty jeden jesteś wojownikiem. Jestem fanatykiem, który ma trening o 16:00, a myśli o nim od 8:00 rano, ale muszę (przede wszystkim chcę) zachować dystans i nie dać się zwariować. Mistrzowsko swój video-blog przed KSW na Narodowym prowadził Legionista Juras. Praca, ale i dystans, śmiech – jedno bez drugiego wprowadzi cię w smutek. Koleś nie jest już u szczytu formy, ale nadal dobrze się tym bawi, a i odnosi swoje zwycięstwa!

Moi znajomi trenerzy coraz częściej wkręcają się w te wszystkie kursy „nastawiania umysłu na sukces”, coraz więcej w sporcie gadania rodem z korporacji, robienia z siebie smutnych spiętych panów. Tu się zatrzymuję, bo to szaleństwo! Ja tak nie chcę… To bez sensu.

To tak jak z ruchem chuligańskim – czy chodzi o walkę? Nie wyjdziesz, gdy nie masz gwarancji zwycięstwa? Najgorsze, że korpo-pieprzenie uzależnia coraz więcej osób i nawet jeśli ty poradzisz sobie z presją i po prostu przegrasz, musisz jeszcze udźwignąć opinie – najczęściej osób słabych, które co krok będą ci przypominały, że nie wygrałeś. Są słabsze dni, gdy to po prostu wnerwia! Część tej wrednej osoby to także ty sam, więc jak dla mnie bez Boga się nie obędzie. Ewangelia to siła, moje pole ochronne! Co dał mi Bóg? Chociażby to…

On daje mi zmianę perspektywy, sport staje się tylko cząstką, a nie celem samym w sobie. W Jego kontekście wszystko wydaje się mniej ważne i przede wszystkim do przyjęcia. Oczywiście stąd łatwa droga do wymówek, ale musisz być na tyle mądry, by rozróżnić wymówki od odrzucania chorych ambicji pędzącego jak szalony świata (w tym świata sportu). Zwycięstwo jest ważne (!), ale nie najważniejsze.

Wiara, silna wola i patrzenie z uśmiechem z boku. Chcesz żyć pełnią życia i podejmować wyzwania? Weź ze sobą ten zestaw. Ciesz się z samej DROGI, z samych przygotowań, potem z walk i ewentualnie z sukcesów. Tak czy siak – ciesz się, bo już jesteś wygrany. Większość tego „personalnego” gadania tylko ryje beret…

ŁG