25.07.17 Dwa końce kija zwanego pychą.

Aktualnie w akcji „Wracamy Po Was” niewiele się dzieje, żeby nie powiedzieć – panuje marazm. Piszę o tym, bo mam pomysł jak go przerwać, ale działam już, hm, jako inny człowiek. Minęło ledwie kilka lat od kiedy zacząłem do Was pisać o tym wszystkim – na dużych emocjach, ale były to lata przełomowe dla mojego postrzegania świata. Streszczę jak to kiedyś widziałem – każdy chciałby ujrzeć scenę swoich marzeń ze sobą w roli głównej. Dama, ubierająca się elegancko, być może chciałaby, aby jakiś facet spojrzał na nią (chociaż raz!) niczym aktor w jej ulubionym filmie, kiedy ta wchodzi na szpilkach do restauracji i powoli zmierza w jego kierunku… Jakiś pompujący na siłowni cienias może chciałby przywalić komuś znienawidzonemu tak w papę, żeby wszyscy ziomale widzieli, kobiety piszczały i żeby działo się to w specyficznej sytuacji, w której zostałby kozakiem numer jeden… W głupim świecie ludzie miewają głupie marzenia i czasem potrafią poświęcić naprawdę wiele, by się o nie otrzeć (wiele razy zawracałem w połowie drogi, skapnąwszy się). Ja w pewnym momencie „Wracamy Po Was” zauważyłem, że chciałbym być dla dzieciaków kimś i mnie to przeraziło, bo to nie może być powód, mimo że uważam to za marzenie nie aż tak głupie jak wyżej wymienione.

Kurde, zależy mi na nich, ale jakby nie to mnie zawsze nakręcało. Nie raz zwalczałem „publicznie” swą próżność, tu i na papierze, ale wrażenie i pewien wyrzut nie zniknęły. Tak jak pisałem wielokrotnie – nie odpuszczę, w sensie że będę szukał okazji do reaktywacji i dziś jestem blisko. Dlaczego? To już też Wam pisałem i powtórzę po raz kolejny niżej.

Pokochałem Jezusa, ale już nie jako zestaw ciekawych idei z ulubionych płyt i książek, ale dopiero od niedawna, jak pisałem w „Dzienniku…”, jakby osobowo – zdałem sobie sprawę, że On jest. Oczywiście cały czas czytam Biblię i zaczęło do mnie kilka kwestii docierać, m.in. ta, że gdy jedna ręka daje jałmużnę, druga ma nie wiedzieć, co ona czyni. Wy wiedzieliście o każdym ruchu z „Wracamy Po Was”… Przyznam, że trochę mnie to przybiło. Z drugiej strony pisanie mnie nakręca i jestem od niego uzależniony. Jak więc będzie z kroniką WPW?

Przebija się jednak prosty fakt w mej łepetynie: od pieprzenia i rozdrapywania, sytuacja nikogo potrzebującego się nie polepszy, więc chyba lepiej było jak było, niż teraz jest! Wszak pycha może działać w dwie strony – jesteś albo za bardzo do przodu, albo za bardzo pozostajesz w tyle, chociaż wcale nie musisz i masz pewne, dane od Boga, predyspozycje! He, he… Panie Boże – nie mogłeś tak trochę mniej skomplikowanie? W każdym razie przekaz tekstu brzmi mimo wszystko – róbmy swoje i nie patrzmy na nic.

Kawa dopita… Maile wysłane… Czekam. Działalność charytatywna jest piękna niczym hymn Szwajcarii [1] (podkreślam, bo znów postępowcy chcą położyć na nim łapy – precz!), działajmy więc konsekwentnie!

ŁG

[1]: