13.08.17 Ścieżki. Kręte. Po substytutach.

Ledwo co zdążyłem… Jestem…, już wprawiam stopy w ruch. To znaczy przechodzę z nogi na nogę, ściśle przywierając do koncertowej barierki dziada z kamerą, bo każdy wie, ja nie umiem tańczyć. Ledwo co zdążyłem wysiąść z auta po powrocie z zawodów, no dobra – postawiłem jeszcze klocka i zmieniłem japonki na adidasy, a musiałem lecieć. Musiałem, bo akurat grała kapela, która jest w moim topie, a na której koncert bilety wyprzedali mi ostatnio spod nosa. Pobiegłem tam sam, na styk, na pięć minut przed początkiem występu. Sam – tego słowa świat się dziś boi, myślałem biegnąc. No jak to, nie z przyjaciółmi, nie z masą spontanicznie spotykanych po drodze szalonych znajomych („prosimy, idź z nami na imprę!”, „nie, nie, akurat dzisiaj nie kochani…” – ach, jakim ja jestem celebrytą na ośce!)? Nie – biegnę dalej sam. Nie, nie jestem celebrytą, a z ludźmi generalnie nie rozumiemy się. Ale z muzyką – tak. Co dziwne – inni też się rozumieją…, ale jak to, przecież ona jest skoncentrowana na mnie. To moje ścieżki.

Biegnę na koncert przez moje osiedle, które mam wrażenie alkoholizuje się coraz mocniej. Moja znajoma ze szkoły średniej wychodzi teraz z najbardziej meliniarskiej knajpy na dzielni, razem z jakimś pół-żulem trzymającym się za brzuch. Niesie dwa browary – zapewne swój i jego, a krzyczy, że mu zrobi, kurwa, tej miętowej herbatki. Na pewno ból minie…, gdy popije ją „Żubrem”.

„DoktorKłin”.

Myślę sobie, biegnąc sam, czy wreszcie znajdą czas by dopuścić do siebie tych kilka oczywistych myśli, czy zrozumieją, że coś ważnego przegapili? Kiedy to będzie…, na kacu, podczas drogi, podczas dwójki na kiblu, wigilijnej kolacji, podczas sączenia „miętowej, kurwa, herbatki popijanej piwem” przed „Ukrytą Prawdą”? Ważne by wrócić kiedyś (najlepiej na trzeźwo) do tego sekundowego przebłysku, który każdemu się chyba pojawia, tyle że jedni są akurat na meczu, drudzy biegną na koncert, trzeci wąchają rozpuszczalnik w kotłowni ojca, a czwarta jest ruchana w dupę w pięciogwiazdkowym hotelu. Każdy miał coś czego się chwycił i zdecydował tym zagłuszyć wszystko inne. Substytuty. Moje, Twoje…

Zdążyłem! Na koncercie rozglądam się dookoła.

To, że nie zdążyłem się wykąpać i wyglądam jak rozjechany przez ciężarówkę oczywiście nikogo tu nie obchodzi, bo to tylko koncert – miejsce ludzi generalnie rozjechanych (tudzież kobiet, które można określić tym samym słowem). Czym mocniej bym się spocił, tym bardziej bym wyglądał na potrzebującego przekazu tej kapeli, a czym więcej walczył kilka godzin wcześniej, bardziej pasowałbym do pieprzonej bandy melancholików, którzy się tu przyczołgali.

Skąd przybywasz? Odpowiedzi byłyby pewnie równie nietypowe jak moja. „Z osiedla gdzie DoktorKłin Żubrem bóle brzucha swych kochanków leczy” – czy to nie poetyckie, czy nie nadaje się do jakiegoś muzeum sztuki współczesnej?

He, pamiętam jak owa „DoktorKłin” w czasie szkoły średniej mówiła mi z pogardą (nie zabolało, bo brzydal była od zawsze), że nie upadła tak nisko by iść ze mną i z kumplem na browara do osiedlowej klatki. Pani Doktor z odrapanej kamienicy… cieszę się, że jednak mi się to przydarzyło w tamtym okresie, ten upadek. I przynajmniej na ból brzucha nie piłem! W sensie – tylko herbatka.

Zwiedzam świat, zwiedzam cały świat – toczę się jak chmury, mieszkańcy wielkich miast… Ze sportów walki gdzieś tam, na koncert gdzieś tam. Fajny dzień, pełen inspiracji, a ja tu na jakiejś Doktor się skupiam.

Każdy słucha po swojemu. Jedna tańczy jak szalona, ja z kolei podpieram wspomnianą już barierkę. Jeden mimiką twarzy przez cały występ jest z artystą, druga to typowy „poker face”, niczym Puhakka podczas pojedynku MMA. Jest to jeden z niewielu momentów, gdy spotykam ludzi tak różnych od siebie i wiem, że mogły ich tu przyprowadzić najróżniejsze powody. Patrzę na jakąś grubą babę i zastanawiam się jak ona interpretuje ten sam tekst, którego ja też słucham, a przecież on jest o moim życiu! Przecież jest tak inna, przynajmniej wydaje się. A może nie? Może jest jak my wszyscy… Posłuszni tylko sobie… do nieba wznosimy głowy

Tylu ludzi. Tyle historii. Tyle krętych ścieżek. Tyle mocy w każdej, najmniejszej nawet inspiracji. Prowadź nas panie, posłusznych sobie…

ŁG