15.08.17 RECENZJE: „Pusty dom” (film fabularny, Korea, 2004).

Koreański reżyser Ki-duk Kim przez dwa lata nosił buddyjski habit, ale ostatecznie zrzucił go i swoje fascynacje ideami dalekiego wschodu przemyca w filmach, do których lektor robi się nawet w Polsce. Nie są to sceny i scenariusze błahe, wręcz przeciwnie – w obrazach Kima mało jest słów, dominuje bogactwo symboli i szerokie pole do interpretacji dla takich odbiorców, którym „grill i plaża” do życia nie wystarczą. Witaj w klubie! Podobne opinie zainteresowały mnie tym nieco egzotycznym dla nas kinem (chociaż na świecie ponoć wzbudza ono coraz większe zainteresowanie…), bo jak wielokrotnie już tu pisałem – zachodnie gnioty, w których dawno już pękło wszelkie tabu (a dupy pękają na pęczki) coraz mocniej irytują (pedalstwo, podtekst dotyczący wiary w Boga jako ciemnogrodu itd.). Mimo, że reżyser i scenarzysta to pasjonat buddyzmu, film polecam każdemu myślicielowi zaglądającemu na drogalegionisty.pl, a wpływu obcej religii (filozofii w zasadzie) możecie nawet nie zauważyć, jeśli tego nie chcecie. No właśnie – „Pusty dom” (2004, trwa półtorej godziny), wiele z jego scen, można rozumieć na co najmniej kilka sposobów, co sprawdziłem oglądając ten film we dwoje i interpretując odbiór.

Wspomniana filozofia to przekaz, że najspokojniej żyć w harmonii, oddając się prostym pracom dnia codziennego, takim jak pielęgnowanie ogrodu. Nasi mnisi, chrześcijańscy, również to wiedzą i praktykują pracę, ale z Azją uśmiechnięty pracownik kojarzy się chyba podwójnie – także wśród osób nieduchownych.

Wokół tej harmonii trwa „nowoczesne życie”, egzystują biznesmeni maltretujący żony, czy policjanci bijący zatrzymanych. Wszyscy oni znajdą się w „Pustym domu”.

Nasz bohater jest, spotkałem się nawet z określeniem alterglobalistą – w każdym razie jeździ skuterem BMW (a to już chyba średnio się z takim określeniem zgadza…), roznosi trefne ulotki, po czym wraca sprawdzić, czy nadal wiszą one na klamce. Jeśli tak, co oznacza, że właścicieli nie ma – włamuje się do mieszkania. Mieszka w nim kilka dni. Nic nie kradnie…, nic nie psuje…, wręcz przeciwnie – sprząta, pierze, naprawia popsute przedmioty.

Mimo oszczędności słów, widz interesuję się tą sytuacją, postacią i pyta samego siebie: ale czemu? Odpowiedź (odpowiedzi?) sami musimy ułożyć sobie na podstawie sytuacji wykreowanych przez Ki-duk Kima.

Włamywacz robi sobie zdjęcia, dziś zwane selfie, na tle zdjęć domowników wiszących na ścianach domów. Jedno z mieszkań okazuje się jednak nie być puste… No i się zaczyna.

Związek dwojga ludzi może zaistnieć gdziekolwiek – nie są najważniejsze „standardowe warunki” do stworzenia domu. Ważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa i zrozumienie (często bez słów) osób go tworzących.

Bardzo polecam.

Po seansie od razu poszedłem w kimę, ale przed zaśnięciem powstrzymywały mnie rozkminy dotyczące poszczególnych scen. O co mu chodziło? O to, a może o to, a może o oba równocześnie i zależy od człowieka jak ten film odbierze? Przy ostatniej scenie przyszło mi nawet na myśl, że go – głównego bohatera, po prostu nie ma…

Kurcze…, jak oni – twórcy – to robią? Czy robią to świadomie, a może wiedzą gdzie zostawić niedopowiedzenie, by scena nabrała nieskończonej ilości znaczeń…?

Z pewnością będę chciał sprawdzić więcej filmów Ki-duk Kima, przy mojej filmowej podróży przez Azję (dobre rzeczy robią też Turcy).

Na chwilę wynieść się z Zachodu. Przez sztukę, jakkolwiek. Smutne, że moja cywilizacja podsuwa mi coraz częściej takie właśnie pomysły. Tym bardziej w dniu, gdy Polacy pokonali Armię Czerwoną w Cudzie Nad Wisłą, a Maryja została Wniebowzięta.

ŁG