23.08.17 WPW, sportowe dzieciaki. Ograniczone możliwości rozwoju.

Radość z bitwy przychodzi po strachu przed śmiercią – pisał GK Chesterton. Przepracuj w sobie standardowy (!) lęk przed nowym wyzwaniem, a potem po prostu podejmij rękawicę. Została mi chwila do turnieju. Na wadze -5 kg przez wakacje, można wskazać zatem pierwszy plus – coś mobilizuje do nieobżerania się, do biegania, do przedłużenia młodej sylwetki. Czy czułbym to gdybym w wieku lat 8 nie trafił na salę? Staram się zarażać tym innych, młodszych – narażonych na szybkie popuszczenie wszelkich hamulców. Coraz więcej śmigam z dzieciakami (stąd też mimo wszystko dużo mniej piszę) i mimo, że nie jest to skrajna patologia jak kiedyś – zaczyna nam brakować środków na wydarzenia (są coraz lepsi = coraz więcej startują). Jak trenujecie na poważnie to wiecie, że turnieje zazwyczaj kosztują, startowe kosztuje, hostel i paliwo także, więc rodzice zaczynają mi marudzić, że po prostu nie mają kasy. Musimy kalkulować, zwalniać. Mam taki pomysł – może któryś z czytelników chciałby „adoptować” takiego dzieciaka, chociażby na jeden turniej, w ramach darowizny? A nakreślenie przykładowej sytuacji dwóch dziewczynek, dla których chcę załatwić środki – poniżej.

XYZ przeprowadziła się jakiś czas temu na jedną z najbardziej patologicznych ulic w mieście. Jako, że ma dopiero 10 lat i jest dzieckiem z gatunku „wszędzie mnie pełno” – od pierwszego dnia biegała po ulicy, powoli poznając okoliczne dzieciaki. Miejscowi małolaci szybko powkręcali ją w różne dziwne akcje, że musi się wykazać itd., ona do końca nie rozumiała gdzie trafiła. Przy całym naszym ulicznym rodowodzie przyznacie, że nie jest najlepszym pomysłem, gdy dziesięciolatka jest wyciągana przez rówieśników do oklepania chłopaków z ulicy obok, bo dowiedzieli się, że potrafi używać pięści :-). To oczywiście tylko jeden z pomysłów…, ogólnie spora patologia bez zasad, gnojenie, szantażowanie, znęcanie się psychiczne (o fajnej łobuzerskiej przyjaźni nie ma tu co gadać, to nie to).

Obecnie sytuacja jest taka, że całe bandy przychodzą jej pod dom, wyciągają ją na dwór, grożą jej, że jest tu nowa i nie ona będzie ustalać co jest pięć. XYZ siedzi zamknięta w chacie, zrozumiała, że to towarzystwo nie dla niej, szybko musiała dojrzeć… Nie wychodzi z domu, tyle co na treningi i to także jest skomplikowane, bo nie zawsze mogą ją odprowadzić, a pod domem lubią czekać „znajomi”.

Kurde… przypomina mi to raczej sytuację piętnastoletniego ćpuna, który wbił się w długi, a niestety jest to historia dziesięcioletniej dziewczynki… Jak tu takiej nie zaproponować pomocy, powiedzieć, że gdzieś nie jedzie, skoro każde wydarzenie może ją odciągnąć, nadać sens, zintegrować z normalnymi dziećmi? Jeśli przegram walkę o jej serducho – najprawdopodobniej wybierze inne życie… Jaką ona może mieć odporność na presję? To taki wiek, że jesteś niczym chorągiewka.

Inna podopieczna nie otacza się patologią, ale niestety wychowuje ją tylko mama. Mama ma normalną pracę fizyczną, więc kokosów nie ma. Młoda bardzo chce, jest technicznie najlepsza w mojej ekipce, ale już zaczyna kalkulować wydatki – rozwój może być zastopowany w kluczowym momencie (ma 12 lat, by osiągnąć szczyt musi przyspieszyć). Jest to kolejne dziecko szczególnie warte pomocy, bo jest strasznie zakompleksione. W szkole wszyscy jej cisną, że jest dziwna, nie lubią jej. Jest trochę wyrośnięta, ma zainteresowania i jest sobą – wredne dzieciaki, takie jak my kiedyś, uparły się na nią. Znamy się już jakiś czas, więc kilka razy nie wytrzymała i po prostu ryczała przy zdziwionym z tego powodu niżej podpisanym. Brak ojca nie pomaga, a mama stale w pracy – ktoś musi utrzymać dom, zapewnić młodej wszystko czego potrzebuje do normalnego dzieciństwa. Brzmi to może smętnie, ale tylko na sali młoda odnalazła sens, tylko tu czuje się doceniona. Rano idzie do szkoły, gdzie nikt jej nie lubi (jej słowa), gdzie prawie każdy ją wyśmiewa (jak wielkie to zostawia piętno), a wieczorem poćwiczyć – tu jest stawiana jako wzór, bo faktycznie jest najlepsza. Wszystkie jej pozytywne doznania związane są z trenowaniem i startowaniem (o jej sukcesie mówili m.in. w lokalnym radiu, ojciec który odszedł nagle zaczął „być dumny”).

No i teraz, na początku października, musi odpuścić zawody z powodów finansowych. Chodzi o grosze, ale mama po prostu nie wyrabia. Wydarzeń jest tak sporo, że musi przekalkulować.

I jedna i druga mama – co ważne, stara się jak może, płacą na tyle na ile mogą wykładać. Nie ma tu cwaniactwa, są tylko inne priorytety. Ale… jak tu odpuścić młodej radochę?

Dlatego chwytam za swoją broń – pióro i piszę do Was. Mail: drogalegionisty[a]gmail.com.

ŁG

PS: Pozdrowienia dla wszystkich z akcji „Dobrzy Ludzie – Kibice Legii Dzieciom”. Dobrze, że są tacy ludzie jak Wy! Szacunek!