24.08.17 Do „bandytów-katolików”. Spijanie koktajli.

Bandyta-katolik, chociaż oczywiście takie pojęcie nie powinno istnieć (bywa też diler-katolik, np. we Włoszech w samym sercu mafii… to już chyba przypadki psychiatryczne?), jest połączeniem bardzo zabawnym dla diabła. Oto koleś, który zwie się bandytą modli się po powrocie z pełnego wrażeń dnia (lub modli się w ciężkiej dla siebie sytuacji w związku z tym dniem) do Jezusa Chrystusa, który owszem – przyjmuje do siebie wszystkich grzeszników, ale „raczej” z zastrzeżeniem, by chwila spotkania z Nim odmieniała tego grzesznika na lepsze, byś nie grzeszył więcej. Tak więc wmawiając sobie, że nie ma innej opcji na życie (bo przecież INTERESY zaszły tak głęboko…) – bandyta-katolik idzie dalej „zarabiać” (nie mówię o upadkach – rzecz ludzka, charakter/nasza osobista historia to też trudny przeciwnik…, piszę o świadomej rutynie ignoranta!) i swego mistrza (?) oszukuje. Jest też druga strona medalu (dlatego ten szatan brechta się aż tak bardzo, razy dwa…). Bandyta-katolik oszukuje też… swoich ludzi, oszukuje podwójnie, no bo jak to… być bandytą i wyznawać taką osobę jak Jezus Chrystus? Taki koleś, dumny z siebie i być może ze swego „dobrego wyczucia” (no bo przecież on wie jak być bandyta i katolik), dużo mówiący o wierności i zasadach – zdaje się zdradzać nie jedną, a dwie ekipy: bandytów i Trójcę Świętą. Nie zdradza tylko złego krętacza. Nie myśl, że palcem Cię wytykam. Ale wyczaiłem niedawno jednego takiego w lustrze i może coś podpowiem.

Nie chodzi o to, że bandyci to ludzie gorsi i że należy ich skreślać, wywyższać się. Wszak przypowieść o pracownikach winnicy. Bóg może wyciągnąć dobro ze zła, ale jeśli już Go znasz, powinieneś dopuścić do siebie wyrzuty sumienia dotyczące zła i nad nim zapanować. Wtedy sytuacja – owszem – mocno się komplikuje, bo nie lubimy zauważać, że oficjalnie przyczyniamy się nie do tego w co… niby wierzymy (dumnie prezentując Boga na sektorach, siłowniach, w klubach).

W słynnych „Listach” Lewisa (polecam), stary diabeł pisał do młodego: (…) Na koniec – jeśli wszystko zawiedzie, możesz, wbrew głosowi sumienia, wyperswadować mu (kuszonej osobie – przyp. red.), by dalej utrzymywał tę nową znajomość z tej racji, że już przez sam fakt spijania ich koktajli i śmiania się z ich żartów w jakiś bliżej nieokreślony sposób świadczy tym ludziom dobro, a zaprzestanie tego byłoby czymś „przesadnym” (…).

Niby chcesz… niby nie… jak śpiewał Tau.

Musisz zaprzeć się świata, zaryzykować. Gdy już to osiągniesz i będziesz chciał wejść na kolejny poziom, będziesz musiał zapierać się także siebie. Jesteśmy podatni na opinie innych, na pokusy korzystania z tego co świat oferuje, dlatego warto jest uświadomić sobie, że królem tego świata jest ktoś inny niż Chrystus… Chyba, że być trochę tu, trochę tam, tyle że oszaleć od tego idzie…

Cholera… coś czułem, że nie będzie łatwo. Kilka lat temu czytałem, fakt faktem, pierwszą ligę katoli, która pisała, że gdy Jezus już wpadnie (do serca) to zabierze wszystko. Nie wierzyłem. Dziś już wierzę.

Czyżby to była jedna z ostatnich gałęzi, czy sprawa jest jeszcze trudniejsza Panie, hę…?

W każdym razie na ten temat tyle. Resztę sam musisz rozeznać. Ja, jak zwykle od 10 lat, piszę o tym, co zauważyłem.

ŁG