29.08.17 RECENZJE: Voo Voo – „7” (muzyka, Polska, 2017).

Wyobraźcie sobie czytelnicy „DL” – teraz wjeżdża znana z horrorów muzyka zwiastująca nadchodzące zagrożenie – że słuchacie płyty faceta, który niczego nie chce zmieniać! Brr! Latami przyzwyczajeni do rewolucyjnych haseł chyba nie potrafimy się bez tej rewolucji obyć. Owszem, zmiany są potrzebne, bo świat nie zna pustki („nie my to oni”), ale prócz polityki jest przecież nasz własny kwadrat. Nie czyńmy z niego miejsca, o którym nie chcemy mówić, z którego koniecznie uciekamy. Tym razem skupiłem się nie na walkach, które świat ma do stoczenia (a ja oczywiście razem z nim, tylko jakoś od lat nie wiem jak one miałyby wyglądać, a tym bardziej się skończyć…), a na rozkładzie zwyczajnego tygodnia. Wojciech Waglewski z zespołu Voo Voo tydzień ma ułożony podobnie do innych reprezentantów wolnych zawodów – centrum odpoczynku i zamuły jest w środę, bo w weekend zazwyczaj są wyjazdy. Dlatego album „7” (2017) rozpoczyna się właśnie od „Środy”, a „Czwartek” to jak „koniec tygodnia”.

Tracklista liczy sobie zaledwie siedem utworów, za to długich. Łatwo nauczyć się jej na pamięć, bo nazwy odpowiadają kolejnemu dniowi tygodnia.

Album wprowadza w niezwykle uspakajający nastrój, singel mnie urzekł, chociaż teoretycznie żadnego kawałka nie powinno się wycinać z tej płyty i podawać go osobno.

Neonowa siódemka na czarnej okładce sugeruje, że najlepiej słuchać, gdy za oknem ciemno, a widać tylko światła miasta. Tak też zrobiłem i w taki sposób będę wracał do „7” (w podróży nocą też by się sprawdziła). Posłuchałbym jej w małym klubie na maksymalnie stu słuchaczy (i żebym miał gdzie usiąść, a żaden pijany oszołom nie przeszkadzał).

Producentem muzycznym był Wojciech Waglewski z synem, a więc Piotrem Emade. Emadziaka znacie z hip hopowych projektów, podczas słuchania Tworzywa (w którym Emade występuje z bratem – Fiszem) skapnąłem się, że Piotr potrafi mistrzowsko produkować jeszcze ambitniejszą muzykę. No tak, ambitniejszą, bo jednak zespół muzyków trzeba wyżej cenić od jednego komputera. Te piękne brzmienie opakowane jest w digipack z tekstami piosenek, czarno-białymi zdjęciami. Niestety – nic szczególnego, ale w dzisiejszych czasach trudno oczekiwać fajerwerków po opakowaniu.

Stary Waglewski nie smęci w tekstach, mimo że ton ma nieco smęcący (specjalny zabieg, fajny efekt). Podkreśla miłość do swojej żony, śpiewa że udało się wstać lepszą nogą, wreszcie że lepiej czasem unikać sobotnich imprez, bo zawsze korci złego.

Nie twierdzę, że nagle wszystko stało się na świecie piękne i nie powinno się mówić o zmianie świata na lepsze…, ale z drugiej strony – przecież zwyczajny tydzień, tych „7” dni, kiedy potrafimy się zatrzymać i im przyjrzeć, potrafią być w naszych domach, rodzinach, w kochanej Polsce – pięknymi chwilami jedynego życia. Voo Voo opakowało tydzień w niesamowite brzmienia, gitarę, fortepian, saksofony, perkusję, kontrabas…

Tydzień za tygodniem uciekają nam przez palce, a my ciągle chcemy wszystko zmieniać. Waglewski jest antycelebrytą więc puszcza niepopularny przekaz, także wobec portali społecznościowych – masz dla kogo żyć, masz dom, swój rytm. Doceń go, szanuj. Po prostu żyj.

Warto czasem coś zmieniać, ale nie ma co czynić ze zmiany sensu i gonić za nią jak choleryk, który pije właśnie trzecią kawę o godzinie 9:00 rano… Wiele dusz dzisiaj rozpalonych, tylko nie za bardzo wiedzących po co i do czego…

Moim faworytem jest „Sobota” – muzycznie i tekstowo mistrzostwo świata.

Wieczorami w sobotę

Czasem mnie mnie

jakaś obawa że

dzieje się źle

że się zaczyna

coś co brzydko cuchnie

jakaś skucha czy mina

i wybuchnie

obok nas

ŁG