3.09.17 RECENZJE: „Płonące dusze” (Leon Degrelle, książka, 1993).

Zacznijmy od cytatu z recenzowanej książki: Nuda jest chorobą pustych dusz i pustych głów. Życie szybko staje się wówczas niesamowicie bezbarwną harówką. Nie nudź się… nie uciekaj. Szukaj! Działanie autora wewnątrz Waffen SS jest powszechnie znane (recenzowałem tu jego „Front Wschodni”, zresztą w „Płonących duszach” również są DUCHOWE zapiski z tego frontu… rewelacja!). Warto dodać, że w 1930 roku Leon Degrelle wyjechał do Meksyku ogarniętego powstaniem Cristeros (pewnie oglądaliście „Christiadę” – jeśli nie, nadróbcie!), gdzie napisał serię artykułów o prześladowaniach katolików. Ogólnie kolejna osoba z gatunku: „gdzie on nie był i czego nie robił”… „Płonące dusze” powstały w 1993 roku, na przymusowej emigracji w Hiszpanii. Doświadczony autor potrafi przyznać się do błędów z dawnych czasów, pisząc wzniośle o Bogu i wierze, podkreśla, że nie jest zbyt godzien by stawiać się za przykład. Jest w tym wszystkim bardzo autentyczny! Znajomy pożyczył mi wydanie „Rekonkwisty”, które liczy sobie 146 stron w tym wstęp. Lektura minęła bardzo szybko i owocnie…

Autor rozważa o walce ducha z materią, o upadku świata i o wielkości wiary. Rozdziały są krótkie, czyta się je bardzo dobrze, a każde zdanie można kontemplować. Degrelle rzuca wprost bezkompromisowe wyznania, które z jednej strony mogą wydać się oczywiste, a z drugiej chłoniesz je i czujesz jak podpalasz się do działania razem z Belgiem z Christus Rex. Wszystko to na pograniczu poezji.

Szczególnie podobało mi się jak pisał o Bożym Narodzeniu, o przeżywaniu tego dnia w mrozie razem z Panem Jezusem… coś pięknego! Również czuję tę magię świąt i ubolewam, że kapitalizm oraz liberalizm (mało mówi się o Bogu) ją zabija… Mało tego, zabija ją… brak śniegu, heh.

Często przywołuję na „DL” potrzebę bycia takim „mnichem w mieście”, a więc szukania siły wewnątrz, obywania się bez pociech, walki z pokusami, aby ostatecznie być szczęśliwym i godnym. Leon Degrelle jest przykładem takiego właśnie mnicha w mieście. Nie mam pojęcia jak ktoś taki odnalazł się w zwyczajnej Maladze pod koniec XX wieku… Musiał strasznie cierpieć z powodu priorytetów szarego społeczeństwa, ale z drugiej strony – jako, że wiedział, iż prawdziwe skarby są ukryte w każdej duszy – zdaje się co jakiś czas wybuchać szczęściem z powodu swych odkryć. Szczęściem nie z tego świata…

Wewnątrz wydania, które mam znajduje się wkładka ze zdjęciami. Jedno z nich podpisane jest informacją, że w 1991 roku Degrelle otrzymał osobiste błogosławieństwo od Jana Pawła II… Kolejna ciekawostka.

Polecam każdemu nacjonaliście, każdemu katolikowi. Jeśli Wasza wiara i aktywizm są uśpione pod kołdrą uciech tego świata, może nieco postawić Was na nogi!

Ciekawe gdzie teraz jest Leon Degrelle… Generalnie – niesamowita postać…

ŁG