3.09.17 RECENZJE: Muerte y Calaveras (rock, Argentyna, 2017).

Argentyńska scena RAC to dla mnie (i przypuszczam, że dla większości słuchaczy takiej muzyki w Polsce) spora niewiadoma. Do tej pory miałem okazję sprawdzić tylko Nuremberg i przyznaję, że jak na tamten czas, byli dla mnie sporym zaskoczeniem na plus. Teraz w moje ręce trafił nie tak dawno wydany nowy krążek, jednej z (podobno) najlepszych grup w tamtym kraju – Muerte y Calaveras „Guerra de Guerras”. Spodziewałem się raczej old schoolowego brzmienia i, jak się okazało, miałem rację. Mocne, surowe gitary, raczej średnie tempo, do tego dobrze wpisujący się w całość dość niski wokal.

Nie jest to nic rewelacyjnego, ale po kilku przesłuchaniach takie kawałki jak „Estarás del otro lado”, „Nuestra insignia trae la muerte” czy „El mismo de ayer” nawet zaczynają się podobać.

Być może odebrałbym ten materiał lepiej, gdyby teksty nie były dla mnie niewiadomą. Wszystkie utwory są zaśpiewane po hiszpańsku, ale jestem ostatnią osobą, która chciałaby słuchać tekstów tylko po angielsku, więc jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza. Zresztą, już sama nazwa zespołu (Śmierć i Czaszki) sugeruje, że grzecznie nie jest.

CD zostało wydane (na Europę – przez polską wytwórnię) w standardowym plastiku, w środku znalazło się miejsce na wszystkie teksty, plus kilka grafik i garść fotek zespołu.

Na ten album zmieściło się trzynaście kawałków (razem z intro), w sumie równe 40 minut muzyki.

Czy „Guerra de Guerras” to płyta dla każdego? Na pewno nie. Myślę, że twórczość tego argentyńskiego tria, przypadnie do gustu przede wszystkim osobom lubiącym klimaty lat dziewięćdziesiątych i old schoolową otoczkę. I im polecam zapoznać się z tym krążkiem.

                                                                   Antyanarcho