4.09.17 Z dala od hałaśliwej ciżby…

Przez te 10 lat pisania „Drogi Legionisty” stałem się innym człowiekiem, nie jest to jednak nic nadzwyczajnego, bo 10 lat to po prostu szmat czasu i musiałbym być „amebą zlewową”, lub być ciągle… w tłumie, by pozostać taki sam. Prócz zaliczenia tych wszystkich opisywanych tu meczów, koncertów, manifestacji, akcji, było to przede wszystkim 10 lat analizowania własnych ścieżek. Jedna myśl po drugiej, niemal codziennie – i tak jest do dziś. „Droga Legionisty” jest moją pustynią, na którą wychodzę spotkać się głównie sam ze sobą. Z tej pustyni wracałem już do niejednej meliny, kobiety, ale dziś wracam do Boga i żony, więc droga nie okazuje się ślepa.

Koledzy dziwili mi się swego czasu, że nie lubię przebywać w hałaśliwej ciżbie, mimo że kilka miejsc w których zbierają się ludzie szanuję i uważam za pożyteczne (mecze, koncerty, manifestacje… tak jak wiele złego, tak i dobrego może się tam wydarzyć), ale wtedy po prostu nie słychać własnych myśli, człowiek nie może dokopać się też (przede wszystkim) do ducha.

Mogę szanować osobę, która żyje aktywnie „od wydarzenia do wydarzenia”, zarywa życie w tłumie, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że osoba ta nigdy nie dokopie się do pewnych skarbów. Do sumienia, które woła o rachunek, tymczasem kelner stale się ociąga… Zbiera się i zbiera, warstwa grzechu jest coraz grubsza… Niby wierzysz w Boga, ale nie wychodzisz Mu na spotkanie…

Miałem ciarki na rękach, gdy koledzy mówili mi, że kilka godzin w domu i oni szaleją z nudów…

W tłumie powielamy pewne schematy, dostosowujemy się, nie ma tu wiele przestrzeni na subiektywne wyrażanie, co o tym wszystkim sądzę i czy to na pewno jestem ja…? A tłum będzie Cię ciągnął w swoją stronę, będziesz miał wyrzuty, ale odnośnie tego tłumu – że odstajesz, że nie dajesz rady…

Nie uznaję wszystkich nawróceń w więzieniach za „łapanie się ostatniej deski ratunku przez słabą jednostkę”. Część pewnie dopiero tam miała okazję pobyć dłużej ze swoimi myślami, gdy lokatorom nie chciało się już z nimi gadać… To nie rozmyślanie i samotność, a tłum, hałas potrafią być ucieczką.

Ostatnio znany mi człowiek – mąż, ojciec, właściciel firmy, po prostu zasłabł, zemdlał. Gdy jechaliśmy razem w daleką podróż autem, zwierzał mi się, że często w pracy… zapomina o jedzeniu. Zapomina o jedzeniu w robocie, a gdy odpoczywa od roboty – chleje do nieprzytomności. Dobre trunki i w gronie przyjaciół, ale jednak… Czy to nie jest zbyt częsty styl życia dzisiejszego Europejczyka „na poziomie”? Brak czasu na pokarm, na prawdziwy relaks…, a ja tu z jakimś „abstrakcyjnym pokarmem duchowym” wyjeżdżam…

Oj tak – chrześcijanie nie są z tego świata, musimy dla niego umrzeć jeśli chcemy żyć…

ŁG

PS: Na łamach „DL” dużo inspiracji szukałem w popkulturze, ale ostatnio złożyłem wypowiedzenie – po prostu rezygnuję z posiadania płatnej telewizji. Coraz gorzej to wszystko znoszę.

Chciałem np. rzucić okiem na trzeci sezon serialu „Narkos” – od pierwszego odcinka całujące się pedały. Nie potrafię się zdystansować, jako katolik chcę chronić moje oczy przed tym całym rozpustnym syfem.

Lubię kino, ale trudno – będę szukał w egzotycznych miejscach czegoś normalnego, skoro Zachód nie potrafi już obyć się bez pieprzonych świństw. Pomyślcie sobie jakie to wszystko jest brzydkie… Jaki Zachód stał się brzydki…