11.09.17 „Błąd” Łony i Webbera [1] nabrał metafizycznego sensu.

Niedawno poszedłem sobie pogadać z Szefem i wyspowiadać się, myślałem, że jak zwykle zastanę o tej porze pusty kościół, a tam akurat ślub. Wyszedłem więc i na okolicznej ławce czekałem aż się skończy. Była ładna pogoda, otworzyłem Biblię i czytałem. Po chwili ławkę obok rozłożyło się trzech żuli, dwóch gdzieś się szybko ulotniło, jak dobrze słyszałem polowali na „zrobienie bramy” młodej parze. Ten jeden, który został (kurwa, nie mam kwiatów) zagadał do mnie, czy palę, ale o dziwo to on chciał mnie poczęstować tytoniem w bibułce. Nie – rzuciłem…

Nic na P, ta? Mam żonę, także wiesz… Też miałem, ale odeszła. Patrzę na niego, że melanżownik niezły i podpuszczam: ale powody pewnie miała? Powiem panu między nami (krzyczał z ławki oddalonej o kilkanaście metrów), że mnie baba pogoniła. Lubiłem do sąsiadki chodzić. Powiedziała nagle: no to wypierdalaj do sąsiadki i mnie wywaliła z domu. Z sąsiadką byłem 1,5 roku i chuj, rozpadło się. Odechciało mi się z nim gadać i wlepiłem wzrok w „Dzieje Apostolskie”.

Biblię pan czyta? Taa… Kiedyś też dużo jej czytałem. Najgorsza jest Apokalipsa. Jeden, kurwa, czarny jeździec od tego, drugi biały od tamtego, a idź paaaan… Gestykulował z tą szlugą. Nie no, wiadomo – łatwiej wydupczyć sąsiadkę. Chociaż mnie to zawsze dziwiło jak ktoś potrafi kilka lat grubą intrygę trzymać w tajemnicy, chyba zbyt emocjonalny jestem chłopak. Święty nie, bo zdarzały mi się różne wały, ale krótko w nich wytrwałem.

Wolę rozkminiać, wybacz Panie, który, kurwa, jeździec od tego, a biały od czego… Świat jest skomplikowany, więc jego powstanie i koniec najprawdopodobniej też…

Miłego czytelnicy. Nic na P. to takie staropolskie sXe :-).

ŁG

[1]: