5.11.17 Porażka polskiej mistrzyni. Sport lekcją pokory…

O 5:00 rano piszę ten tekst, nie zasnę bowiem zbyt szybko po porażce Joanny Jędrzejczyk z Rose Namajunas na UFC 217… Po niespodziewanym KO wyłączyłem galę i wszedłem na lowking.pl, a tu koleś miał wrzuconą gotową aktualizację o tym, że Joanna po raz kolejny obroniła tytuł… Zagalopował się, podobnie jak komentatorzy, którzy w każdy możliwy sposób skreślili „obciętą na chłopaka” Amerykankę przed tym pojedynkiem. Obstawiłem kupon – kurs na Polkę 1,14 zł, to miał być tylko jeden z wielu pewniaczków. Taki jednak jest sport… Widząc jak rusza się Asia, mimo że minęło tylko kilkanaście sekund, czułem podświadomie, że nie jest za dobrze, ale „lęk kibica” pojawiał się także w starciach Asi z Brazylijką, czy inną Polką – Kowalkiewicz. Tym razem szok stał się faktem, Rose zmieniła plany Jędrzejczyk na całą karierę! Miał być nie tylko pobity rekord Rondy, ale pasy w kilku kategoriach wagowych – bez przegranej. Co teraz…?

Przy całej sympatii do Asi, której nadal będę kibicował – za dużo ostatnio było pajacowania, okładek, planów na milion lat w przód. Fakt, trenowała cały czas, jak to ona – bardzo ciężko (śledzę ją praktycznie tydzień w tydzień, dużo wrzuca na kanały), ale pewność siebie w końcu ją zgubiła.

Tak pewne stwierdzenia, wygłaszane wszem i wobec, że jestem jedyna i na pewno wygram okraszone są ogromnym ryzykiem. Podziwiam takich ludzi, bo iść przez życie z „Champ!” na ustach będzie z górki dopóki tym mistrzem jesteś… Potem może pojawić się jakaś spokojna Rose, która nie mówi nic prócz tego, że chce być dobrą osobą i oklepie ci maskę… Jędrzejczyk zaryzykowała, odważnie głosiła, że jest i na pewno będzie najlepsza, gdy jeszcze była w grze, gdy wszystko jeszcze mogło się zdarzyć. I przegrała. Teraz będzie musiała udźwignąć niesamowity ciężar spojrzenia w twarz tym wszystkim, przed którymi prężyła muskuły. Wchodząc do oktagonu zawsze się modliła, zawsze nosiła krzyż. Teraz będzie musiała wykazać się tym z czego powinna słynąć nasza wiara – pokorą… Ona wiecznie była głodna, ale człowiek nie żyje tylko po to, by robić wymarzoną karierę. Bóg…, los… zmieniają plany. A Jędrzejczyk i tak przejdzie przecież do historii dzięki swej jakości.

Szok jest tym większy, że wielokrotna mistrzyni w tajskim boksie klepała po ciosach, nie po jakiejś dźwigni. Na plus to jak przyjęła tak drastyczny koniec marzeń w samym oktagonie. Na oczach całego świata po prostu biła brawo rywalce i w spokoju dała sędziemu podnieść nie swoją rękę. Teraz pewnie płacze, ale po samej walce zachowała się w porządku.

W końcu jak na katoliczkę przystało… Kierunek typu „McGregor” nie jest godny tak sympatycznej osoby.

ŁG