11.11.17 Marsz Niepodległości 2017 (Warszawa). Stare i nowe…

„My chcemy Boga”. Hasło zbyt ogólne? Lepiej czasem ogólne (jeśli chodzi o organizatorów) niż „konkretny” program polityczny, który skończył jak skończył… Zresztą trafnie podsumował hasło przewodnie tegorocznego Marszu Niepodległości Jakub Siemiątkowski w aktualnym wydaniu „Polski Niepodległej”. „My chcemy Boga”, mimo że brzmi prosto, nie uwstecznia nas, a niesie na przód! Dla jednych jest to średniowieczny slogan, a dla nas – katoli, wołanie o rewolucję ducha, o to, by Polacy faktycznie odrodzili się w żywej wierze, pozwalającej na odrzucanie wszystkiego co moralnie złe. Można zatem odbierać to hasło dwojako – jako płytkie „nic specjalnego”, lub jako głęboki pomysł na odrodzenie wartości starej Europy. To od nas zależy jak je przyjmiemy. Wśród tego wszystkiego pojawił się czarny blok, dokładając antykapitalizm, antyliberalizm i antyszowinizm. To sprawiło, że generalnie było nieźle, chociaż nadal całkiem inaczej niż do 2013stego.

Czarny blok ustawił się niedaleko Metra Centrum. Wyszło całkiem, całkiem. Można było zobaczyć kilka znajomych twarzy, z którymi nie tak dawno spotykaliśmy się na demonstracjach kilka razy w roku, które wychodziły na ulice wtedy, kiedy większość dzisiejszych krytykantów siedziała w cieplutkich domach. Dziś najbardziej widoczni są Szturmowcy, którzy pojawili się w Warszawie wyposażeni w charakterystyczne tarcze ze swoim logo. Rozdawali ulotki w skrócie opisujące kim są. Pojawiły się banery – w tym (za sprawą mediów już słynny) dotyczący Straight Edge. Osoby pod wpływem nie były wpuszczane do bloku, opierdziel dostało kilku osobników pijących wódę nieopodal. Nie ma co mówić, że to wyraźna część Marszu…, ale ciągle pojawiają się szkodniki, hańbiące narodowe barwy poprzez zataczanie się i niegodne reprezentowanie. W górę, prócz narodowych, powędrowały czarne flagi nocy, po której nadejdzie piękny dzień oraz czarno-białe celtyki…

A dookoła rósł tłum… Kilka dobrych lat temu byliśmy w kilka osób na manifestacjach w Budapeszcie. Obserwowaliśmy wtedy podobne obrazki, co na Marszu Niepodległości w Warszawie, z tym, że na mniejszą skalę. Matki z dziećmi w narodowych barwach, a na scenie zespół z przekazem narodowym. Wtedy to było w Polsce marzenie – manifestacje kojarzyły się tylko i wyłącznie z wąską ekstremą. Nie mogliśmy wyjść poza subkulturowe środowisko. Dziś na trasie Marszu nie ma policji, jest za to narodowy festyn, stoiska z gadżetami i wózki, z których sprzedaje się nieco tandetne czapki z Polską Walczącą. Patriotyzm na dobre przeniknął do kultury masowej, a subkultura istnieje już wyłącznie jako margines w biało-czerwonym morzu. Lepsze to, czy stara sytuacja? Jasne, że to… Wszak my ciągle tu jesteśmy, a prócz nas są też inni. Tyle, że niektórzy „inni” zaczynają się burzyć i pewnie jako taka zgoda nie potrwa zbyt długo…

Czarne flagi powiewały w bloku na Marszu Niepodległości. W kontrze lewicy powiewały tęczowe oraz czerwone. Było tam raczej tandetnie, jak na jakichś feministycznych, lub pedalskich spędach, a taktykę i styl ich kolegów z Hamburga (a więc to co po lewej stronie ciekawsze) przejęli nacjonaliści. Biało-czerwona fala oraz narodowy czarny blok prezentowały się godnie i robiły wrażenie. Zobaczcie zdjęcia z kontry lewaków – ciągle więcej przy tym śmiechu niż strachu. Mijałem też spęd KODu niedaleko Kolumny Zygmunta. Kilkadziesiąt osób, żałosne piosenki śpiewane z małej sceny, dziwolągi podrygujące w rytm anty-Kaczyńskich „hitów barowych”. Oczy wszystkich skierowane były na Marsz…

Ruszył on po 15:00, wcześniej było kilka przemówień, a nawet rap-koncerty.

W okolicach Banku kilka samochodów organizatorów oraz czarne kawałki materiału zasłoniły kontrmanifestację ustawioną jeszcze spory kawałek za nimi. Było słychać jakąś nawiedzoną lewaczkę krzyczącą przez nagłośnienie w ich charakterystycznym, kretyńskim stylu. Kiedy przeszedł Marsz, wiele osób chyba nawet nie dostrzegło, że coś tam było – nawet przed nadejściem Marszu, kontrmanifestantów ledwie było słychać.

Generalnie spokój i piknik, podobnie jak w latach ubiegłych. Szalały jakieś dziady z Obywateli RP, ale nie chce mi się zajmować przypadkami psychiatrycznymi, których i tak jest mało jak na taką masówkę. Lewicy na ich manifestacji trochę się zebrało, ale tej skrajnej raczej garstka.

Na przedzie Marszu jak zwykle pojawił się baner z jego naczelnym hasłem i szpaler Straży Marszu. Podobały mi się wielkie flagi na kijach z krzyżami jerozolimskimi, jest to wg mnie jeden z najładniejszych chrześcijańskich symboli.

Nacjonaliści, zwykli patrioci, kibice… Osoby w każdym wieku i o każdym możliwym temperamencie wyszły 11 listopada na ulice stolicy. Tradycyjne sporo było ładnie wyglądającej pirotechniki i bezsensownych petard hukowych rzucanych pod nogi szarych ludzi.

Media przeciwne nacjonalizmowi lubią podkreślać, że Marsz to krzyk nienawiści, KOD tego dnia niósł nawet transparenty, że nacjonalizm bierze się właśnie z nienawiści, ale to bzdura. Nigdy ta bzdura nie była tak łatwa do obalenia jak dziś, gdy biało-czerwona fala wchłonęła tak wiele różnych osób, cały przekrój społeczeństwa. Również taki, który przywiózł ze sobą skrojone szmaty antify… Krytykanci Marszu kręcą głowami, że po co ten hałas, ale która demonstracja nie jest hałaśliwa? Ich kolegów z Hamburga? Czy to my, czy nasi przeciwnicy, jakakolwiek sprawa… Nie damy się zamknąć w domach, często miasto będzie musiało znieść krzyk mieszkańców. Te miasta są dla nas, nie tylko my dla nich.

Z mostu zwisało tego dnia kilka wielkich flag, m.in. Polak rzucający podpaloną butelką w Islamistów, ale także Michał Archanioł ONRu. Oba płótna miały swój klimat! Gdyby zebrać do kupy cały przekaz z ulic Warszawy – nic dziwnego, że prawa strona Europy strasznie jara się Polską (co było słychać także podczas przemówień), bo z jej serca wychodzą w świat zdjęcia jakich Zachód dawno nie może u siebie zrobić.

Jak zwykle trudno oszacować liczbę uczestników. Ktoś policzył i wyszło mu między 85, a 110 tysięcy, policja podaje tylko około 60 tysięcy.

Po Marszu, zamiast słuchać jałowych przemówień obok Narodowego, udałem się na mszę do katedry św. Floriana i Michała Archanioła na Pradze, gdzie oczywiście kazanie dotyczyło naszej Ojczyzny. Ksiądz ciekawie podsumował dzisiejszą sytuację, długo nawołując do obrony fundamentów, które przeciwnik stara się spokojnie (bez działań wojennych), cegła po cegle rozkradać. Gdy fundament będzie mocny – pozostanie na swoim miejscu, a wtedy, nawet gdy ktoś po raz kolejny będzie chciał bezpośrednio nam zagrozić – choćby zburzył wszystko z zewnątrz, odbudujemy to i wrócimy silniejsi. Póki istnieje fundament, a więc duch – istnieć będzie Polskość. Modliłem się o to, by przekaz Marszu trafił jak najgłębiej… do nas, a więc do jego uczestników. Bo gdy Bóg jest na właściwym miejscu – wszystko jest na właściwym miejscu…

Jestem dumny z tego Marszu. Było w nim to, co chcę przekazywać. Bóg, ale także radykalizm czarnego bloku z antykapitalistycznymi hasłami. Blok nie był masowy na tle całego pochodu, ale był na tyle wyrazisty, że jego hasła przebiły się do głównych mediów bardzo szybko. Dzień po Marszu odbyła się np. w TVP Info dyskusja, w której jakaś posłanka Nowoczesnej uczepiła się hasła z baneru czarnego bloku i kłamała w kółko, że to było czoło pochodu. Prócz pokazywania zdjęcia nie miała nic więcej do powiedzenia. Oczywiście po prawej stronie też nie wszyscy rozumieją ideę AN, o czym pisali na autonomie: LINK. Czy to początek grubszego konfliktu?

Co się działo 11.11.17 w Warszawie? Nic, co przejdzie do historii. Ale jesteśmy na miejscu. Nie robimy miejsca tym „zza szmaty” na trasie Marszu. To cieszy!

Tyle na gorąco. Do tematu pewnie będę wracał.

ŁG