LIST CZYTELNIKA: „Nasram Ci na talerz”… „podziękowanie” za pomoc!

Witam! Jestem stałym czytelnikiem strony „Droga Legionisty”. Dziś co prawda Twoje teksty nie budzą we mnie aż takiego zainteresowania jak kiedyś, ale nadal w miarę regularnie zaglądam i czytam je. Ostatnio pisałeś o pomocy dla ubogich pod wpływem pewnego księdza. Tak się składa, że w przeszłości miałem doświadczenie ze środowiskami, które określa się jako „ubogie”. Chciałbym dlatego podzielić się pewną refleksją… W 2009 skończyłem Liceum Ogólnokształcące w Grodzisku Wielkopolskim i – jak to się mówi – wkroczyłem w dorosłe życie. Nie chciałem się uczyć dalej, dlatego wkrótce poszedłem do pierwszej pracy. Zamieszkałem w Opolu, gdzie przebywał mój ojciec. Od jakiegoś czasu też, jeszcze w okresie szkoły, zacząłem pomagać osobom bezdomnym i bezrobotnym

W Grodzisku takich ludzi też nie brakowało, bo przecież w latach 90 XX wieku padły tu takie zakłady jak Browar „Grodzisz” (niedawno reaktywowany), czy zakłady mięsne (dziś bezrobocie w tym mieście jest niewielkie i oscyluję w okolicach 4,5 – 5 procent).

W większości – z powodu ograniczonych środków finansowych – „pomoc” moja polegała na rozmowie. Później sam zacząłem z Nimi od czasu do czasu popijać, niekiedy kupiłem na prośbę menela coś do zjedzenia.

Spytasz pewnie co motywowało mnie do takich działań? Hmm, w tamtym okresie byłem chyba bardziej „socjalistyczny” niż „narodowy”. Uważałem, że ludzie Ci są „poszkodowani przez system i przemiany lat 90”. Na dobre w to środowisko wtopiłem się jednak w Opolu.

W początkowym okresie na „Ziemiach Odzyskanych”, gdy pojechałem tam na „zwiady”, poznałem kilka osób bezdomnych, których zajęciem było albo żebranie pod marketem, albo mycie ludziom szyb w samochodach. Wśród Nich wyróżniał się młody chłopak, 15 – letni wówczas Adrian D. Z tego co sam opowiadał był uciekinierem z Domu Dziecka, wywodził się z „dysfunkcyjnej” rodziny, gdzie uprzednio wychowywał Go ojciec. W zniszczonych butach, tych samych podkoszulkach i błagalnym spojrzeniu budził moje współczucie. Więc gdy ponownie trafiłem do Opola w lipcu 2009 r nawiązałem z Nim kontakt. Dostał wtedy ode mnie używane buty (mieliśmy ten sam rozmiar), znacznie lepsze niż te, które dotychczas nosił. Zaczęliśmy się kolegować. Wkrótce do Naszego „teamu” dołączył także Jego kolega Damian S., który – mimo iż tylko rok młodszy ode mnie – też w przeszłości zaliczył „ulicę”.

Zacząłem w miarę możliwości pomagać swoim „nowym kolegom”, którzy byli w zdecydowanie trudniejszej sytuacji ode mnie. Kupowałem żywność, dawałem jakieś ciuchy, itp. Nasza „przyjaźń” zacieśniała się z każdym dniem. Doszło nawet do tego, że pod wpływem alkoholu, jak i przeświadczenia, że „mam wspaniałych, nowych kolegów” zadzwoniłem do starych znajomych z Grodziska i pozrywałem „nici znajomości”. Na szczęście później wybaczyli mi ten „wybryk”.

Coraz częściej przebywałem w towarzystwie Adriana D. i Damiana S. Zaczęły się wspólne, pijackie weekendy, spanie po klatkach schodowych i bezczynne przesiadywanie pod marketem, co rusz przerywane piciem browarów i wódki za stacją benzynową, zbijanie „piątek” i przysięganie, że „jesteśmy Twoimi najlepszymi kolegami”. Okres urlopowy, w którym miałem pracować na magazynie, dobiegał jednak końca, więc i mi w oczy zajrzało bezrobocie. Nowi „koledzy” proponowali abym zaczął z Nimi myć szyby na parkingu, ale nie bardzo mi to odpowiadało. Straciłem więc pracę, a ciągłe „imprezy” nie pozwalały na znalezienie nowej. Skromne fundusze (wtedy zarabiało się znacznie mniej niż teraz) szybko się kurczyły, tym bardziej, że z Nich oprócz siebie, coraz częściej łożyłem na „utrzymanie” także Adriana. Wciągał mnie on w „wir”, bo często sponsorowałem także Nasze libacje. Dużo bardziej w porządku zachowywał się Damian, który nie wykazywał aż tak „roszczeniowej” postawy.

Sam zacząłem ulegać demoralizacji. Pieniądze skończyły się, a skonfliktowany z rodzicami nie prosiłem ich o pomoc. Długi rosły, alkohol nadal się przelewał. W efekcie czego coraz rzadziej sypiałem w wynajmowanym pokoju, za który nie byłem w stanie płacić. Zresztą zamieniłem Go w zatęchłą melinę, w której oprócz 2-3 godzin snu i wypicia kolejnych puszek piwa, czy butelki taniego wina lub wódki (i podlania kwiatków – o dziwo dbałem o nie bardziej niż o cokolwiek innego w tym pokoju), nie spędzałem za wiele czasu. Miałem przecież swoich „nowych przyjaciół”. Razem z Nimi przewaliłem resztę pieniędzy. W ostatnim tygodniu picia praktycznie nic nie jadłem, bo żywność zastępował mi tani alkohol! Przez trzy tygodnie byłem regularnie pijany, a ostatniego z tych tygodni w ogóle nie pamiętam. Wiem tylko, że przez 6 dni „wyżywienie” stanowiła dziennie jedna bułka z pasztetem. W ciągu trzech pierwszych miesięcy w Opolu schudłem…11 kg! Funkcjonowałem jak wrak człowieka.

Pamiętam jak pierwszy raz w oczy zajrzał mi głód, gdy wytrzeźwiałem. Zacząłem zbierać złom, bo mi nie miał kto pomóc. Zarabiałem na tym tyle, że starczało na wyżywienie i kilka browarów lub butelkę wódki dziennie, choć początki były ciężkie. Z czasem dochody ze złomu zaczynały starczać także na opłaty (mieszkałem już gdzieś indziej), ale do zapłacenia były jeszcze długi. Szła jednak zima. Wyjątkowo mroźna na Opolszczyźnie, bo temperatury spadły podczas niej do -20 stopni Celcjusza. Znów pojawił się Adrian D., rozpaczliwie szukający jakiegoś lokum na ten trudny dla bezdomnych okres. W październiku i listopadzie 2009 r spał więc u mnie w mieszkaniu, przy cichej zgodzie ojca, który też wynajmował tę kawalerkę. Z czasem Adrian na swoją stronę przekręcił i Jego. Takich nocy spędzonych u mnie miał może z 10.

Potem zakręcił się wokół niejakiego Andrzeja N. Załatwił mi i Damianowi pracę u Niego. Rozdawaliśmy ulotki, jeździliśmy na rowerze z reklamą itp. Byliśmy w Gliwicach, ja w Sosnowcu, a często reklamowaliśmy pizzerie i banki w Opolu. Byłem szczęśliwy, mimo że zarobki oscylowały wokół 5–6 zł na godzinę, a nie we wszystkie dni tygodnia się pracowało. Myślałem „jednak jest z Niego dobry kolega, skoro załatwił mi pracę”. Pijaństwo rzecz jasna nie skończyło się. Nadal piliśmy z Adrianem i Damianem, czasem u mnie w mieszkaniu. Nikt nie wiedział, że Andrzej jest niewypłacalny. Adrian przekręcił Go i od jakiegoś czasu zamieszkał w Jego mieszkaniu. Gdy przyszło do płacenia, to najpierw Nasz pracodawca wypłacił Nam zaliczki około 500 zł (co rzecz jasna szybko rozeszło się na alko), a potem zaczął się migać, wypłacając jakieś śmieszne kwoty. Żaden z Nas nie był zarejestrowany, więc nie było gdzie się domagać pieniędzy. Damian mieszkał u matki, która Go utrzymywała. Cierpliwie czekał więc na fundusze. Adrian miał interes w tym, aby dalej mieszkać u Andrzeja. Nie protestował.

Ja z kolei znowu znalazłem się na skraju ubóstwa. Poprawiły się relacje z ojcem, ale nadal wstyd było prosić Go o pomoc. Głód ponownie zajrzał w oczy, a dług dalej rósł! Poszedłem więc do „pracodawcy” i powiedziałem jak sprawa wygląda. Wkurwiony i prawie ze łzami w oczach stwierdziłem, że nie mam co jeść, że nie stać mnie na chleb i obkład do Niego. Andrzej odpowiedział lakonicznie, że… mogę jeść z samą margaryną, ale on nie ma pieniędzy. Po dłuższych „petraktacjach”, które omal nie doprowadziły do rękoczynów, kazał mi przyjść wieczorem. Zadzwonił w międzyczasie do Adriana, który był na rozdawaniu ulotek w Gliwicach i powiedział mu jak sprawa wygląda. Przez telefon usłyszałem tylko jak mój „kolega” na stwierdzenie Andrzeja, że „jestem głodny”, odpowiedział „to mogę mu nasrać na talerz”. Wieczorem, gdy czekałem na „kapitalistę” pod biurem firmy, zjawili się też Adrian i Damian. Damian „dolał oliwy do ognia”. Rzucił w moim kierunku, że „wolał mnie takiego jaki byłem przedtem”. Od Andrzeja na weekend dostałem… 10 zł! Miały one starczyć do poniedziałku, ale w sobotę ponownie zjawiłem się i dorzucił jeszcze 10 zł. Dopiero gdy nieco „sterroryzowałem” swojego pracodawcę (mieszkał dość blisko mnie) wypłacił resztę kasy i „przeprosił”, dorzucając 20 zł. Wybaczyłem mu!

„Koledzy” lubili mnie gdy sponsorowałem „szamę”, alkohol czy dawałem nocleg. Gdy jednak sam popadłem w tarapaty przestałem być „lubiany”, a w ramach podziękowania usłyszałem, że „może mi nasrać na talerz”.

Później „ogarnąłem się”, w połowie listopada 2009 znajdując stałą pracę (co prawda za „psie pieniądze” i z szefem – cholerykiem) i stopniowo spłacając długi. Na wiosnę ruszyły roboty dorywcze, a popołudniami zbierałem złom i wyszedłem z długów, nawet pozwalając sobie na „małe uciechy”. Pracowałem więc po 200 godzin w zakładzie i dodatkowo jeszcze przy zbieractwie oraz pomagając ludziom w drobnych, fizycznych pracach. W ciągu kolejnego półtora roku przytyłem… 21 kg! Wracając w kwietniu 2011 r w rodzinne strony ważyłem 96 kg, najwięcej w całym swoim życiu, jak i zaoszczędziłem około 2 000 zł.

A Adrian? W grudniu 2009 przychodził jeszcze do mnie, bo pokłócił się z Andrzejem. Pamiętam była strasznie mroźna noc. Zapukał do drzwi późnym wieczorem. Mówił czy nie wpuszczę Go na chwilę. Usiadł przy stole, ojca mojego akurat nie było. Polałem mu wódki na rozgrzanie i bez słowa usiadłem przy swoim kieliszku. Wypił i zaraz spytał się mnie „Czy nie mógłby u mnie się przekimać, bo Andrzej go wyrzucił i nie ma gdzie spać?”. Spod mojej krótko ostrzyżonej głowy pojawił się uśmiech i odpowiedziałem, że „nie możesz dziś u mnie spać! A poza tym wypij ten kieliszek i idź już, bo jutro muszę wstać o 4 rano.” Za innym razem, już wiosną 2010 r przyszedł około południa. Czując, że robię pierogi w kuchni, z uśmiechem powiedział „Lubię pierogi. Jestem głodny, poczęstowałbyś mnie?”. Ja pozostałem nieczuły na te Jego „bajeranckie zagrywki” i zamykając drzwi rzuciłem „Ja też lubię pierogi. Mało ich jest, sam je zjem!”. Parokrotnie próbował zagadać, ale w moich oczach był skończony. W jednej z ostatnich Naszych rozmów wyjaśniłem mu dlaczego. Chyba do końca nie zrozumiał. Wyjechałem z Opola. Więcej się nie widzieliśmy. Nie obchodzi mnie co robi, choć minęło już ponad 6 lat od tamtych dni. Z kolei z Damianem utrzymuję nikły kontakt na portalach społecznościowych. Nie mam do Niego pretensji, bo sam – moim zdaniem – był „ofiarą manipulacji”, więc gdyby kiedyś zaproponował spotkanie, spotkałbym się z Nim i powspominał „stare” czasy…

To cała prawda o polskich bezdomnych, wyciągających tylko ręce, aby ktoś im pomógł (nieprawda, nie cała – o czym napiszę poniżej – przyp. red.)! Większość z Nich, gdy Tobie podwinie się noga, ma Cię w głębokim poważaniu i szuka następnego „frajera”.

Później zostałem „skinheadem”, nacjonalistą. Gardzę dziś takimi ludźmi jak Adrian, ale nie z powodów ideologicznych, nie z powodów takich jak liberałowie, ale z postawy jaką przyjmuję większość biedoty, wyrażającej roszczenia wobec osób, które ma się zamiar w razie „wyssania wszystkich soków” zostawić na pastwę losów. Tego nauczyło ich życie na ulicy! Mnie z kolei nauczyło takiego traktowania takich osób!

P.S. W późniejszym okresie kilku bezczelnych żuli miało się przekonać jakich wariantów na treningach boksu uczył mnie mój trener Mariusz, zawodowy bokser (którego tu pozdrawiam – niestety trenerze trochę się zaniedbałem ostatnio w kwestii boksu). Co nie oznacza, że czasem „nie wesprę” jakiegoś znajomego z marginesu paroma groszakami na piwko. Nigdy nie wchodzę już w bliższe relacje z tym środowiskiem

P.S. 2 Dla przykładu w Opolu był inny, młody bezdomny, wówczas około 25 letni Radek. Mimo choroby psychicznej (schizofremia) walczył ze swoją bezdomnością, ciągle „łapiąc się” dorywczej roboty. Po kolejnej stracie pracy i wylądowaniu na bruku, powiedział mi pamiętne zdanie „Nie ważne ile razy upadasz, ważne ile się podnosisz”. Darzyłem Go szacunkiem za to! Inny „człowiek ulicy”, tym razem z Grodziska Wielkopolskiego, w 2008 r omal nie zamarzł podczas zimowej nocy w pustostanie. Poszedł na odwyk i przestał pić! Znalazł narzeczoną, zrobił prawo jazdy, wyremontował mieszkanie. Niestety doszły mnie słuchy, że podobno ostatnio wrócił do nałogu i znowu trafił do ośrodka odwykowego. Niemniej szacunek za „walkę” także się należy. Tak samo jak dla mojego rówieśnika z Grodziska, „weterana” ośrodków odwykowych. Od roku czasu nie tknął alkoholu. Myślę, że dla tych ludzi pomocą nie jest ani żywność, ani tym bardziej „jałmużna” w postaci kilku złotych, a „dobre” słowo i wysłuchanie historii, względnie załatwienie jakiejś pracy… Aby wrócić do normalności trzeba najpierw tego chcieć!

Rollex

Drogi Czytelniku…

Gdybym miał robić krucjatę przeciwko wszystkim środowiskom, które mnie zawiodły – musiałbym zostać jakimś „Janem Mścicielem”.

Jasne, że wśród bezdomnych masa jest ludzi skupionych tylko i wyłącznie na zaspakajaniu swoich potrzeb, jak było napisane w niedawno przywoływanym artykule z „Nowego Państwa” – ubóstwo tylko potęguje problemy psychiczne (lub jak napisałeś: uczy ich tego życie na ulicy). Miłość chrześcijańska polega jednak na tym, zresztą inna też chyba na tym polega, że nie kocha się „bo”, tylko kocha się „mimo wszystko”. Oczywiście nie mam tu na myśli głupiej pomocy, dawania kasy na alkohol itd., ale ubrania na zimę, rozmowa… jak najbardziej. Zresztą pomieszałeś te dwa tematy, bo ja nie mam zamiaru pomagać takim osobom o jakich piszesz – jeśli nie wyczuwam wewnątrz serca chęci, jakiegoś typu żalu, że jest tak, a nie inaczej (co nie zawsze widać na pierwszy rzut oka), po prostu sobie odpuszczam.

Ty dołączyłeś do typowej bandy degeneratów, więc trudno spodziewać się tam braterstwa, lojalności, wdzięczności… Napisałeś jednak, że to cała prawda o polskich bezdomnych – tymczasem jedynie częściowa, mimo że zawierająca w sobie zapewne wielki procent. Zainwestuj np. w ten album: PROJEKT RÓŻNICA, a poznasz wiele różnych historii od człowieka, który poznał je osobiście.

Wiadomo, że „bezdomni uzależnieni” to ściemniacze skoncentrowani na przetrwaniu i na swoim tyłku. Taki (mały tylko) przykład… Pytam tego „swojego bezdomnego”, czy pali papierosy – nie on nie pali, nie, nie Łukaszku… Dosłownie 5 minut później widzę go jak wyciąga kiepy ze śmietnika i odpala… Kłamał pewnie dlatego, że w moich rozmowach z nim skupiam się na krytykowaniu używek. Tego nauczyło go życie na ulicy, instynkt przetrwania. Nie denerwuje mnie to jednak tak jak kiedyś – raczej uważam go po prostu za osobę chorą, mimo to wartą pomocy. Twoim prawdziwym zwycięstwem nie będzie zemsta, a bycie ponad, w tym sensie, że szczerze, z miłością współczujesz.

Może po prostu damy im chwilę dłużej, by mieli czas się zmienić? Może to po prostu odruch w stronę godnej współczucia słabej jednostki ludzkiej…?

ŁG