6.12.17 Od niechęci do matematyki – do niechęci do polityki.

Droga, którą idę, ma być moją drogą. Do 4 klasy podstawówki jako tako szło mi z matematyką. Potem przyszedł powolny spadek formy, aż zacząłem opuszczać zajęcia, co skutkowało przypieczętowaniem faktu, że z równaniami do dziś mi nie po drodze. Wiecie jak to jest… opuścisz kilka zajęć, na których są wzory i już jesteś zakopany – nic nie rozumiesz. Podobnie mam z polityką – uciekam z tych lekcji regularnie, ale nie przez politykę, a przez samych polityków. Nudzi mnie to ostatnio i odstrasza, jeszcze bardziej niż X i Y za dzieciaka. Ktoś w garniturze znowu coś papla, a ja nie wiem po co… Może to i ważne? A może zupełnie nieistotne, bo np. bez matematyki żyje mi się dobrze, bynajmniej nie tęsknię. Gdy nie widzę pewnych mord pod krawatem – nie tęsknię tym bardziej. Ciekawi mnie, czy my nie czytamy tych wszystkich newsów politycznych dla zabicia czasu. A większość mężczyzn uważa, że są tu na ziemi tylko po to, żeby zabijać czas – a to z kolei zabija ich (Eldredge).

Kolejny grudniowy poranek. Miły, bo zgodnie z tradycją dostałem prezent, a jest nim oczywiście kilka książek.

Nalewam wodę do kubka z kawą. Pogoda za oknem przywołuje flash back, kiedy trzeba było być po drugiej stronie okna podczas pracy na budowie i tylko ta „mała czarna” rozgrzewała. Mam nowe, na szczęście ciekawsze misje w terenie, bo ciepło nie sprzyja rozwojowi człowieka, kurczy się on w ciepłym kącie niczym różnice punktowe w górnej części tabeli polskiej Ekstraklasy. Nie lekceważmy faktu, że komfort zabija męskość.

Przy małej czarnej myślę o czym Wam napisać, ale nie chce mi się wnikać w takie sprawy jak np. opowiedzenie się PiSowskiej wiceminister Magdaleny Gawin za delegalizacją Obozu Narodowo-Radykalnego, co jest wypełnieniem czarnego proroctwa o systemowej niby-prawicy.

No właśnie… „Droga Legionisty” nie była dopasowana do gustu kibica/nacjonalisty, to kibic/nacjonalista-czytelnik miał dopasować gust do niej – dlatego pozwalałem sobie na odległe wycieczki, czy też unikanie kilku tematów. Wiadomo, że nie wszystkich uda się wyciągnąć na ową wycieczkę, ale człowiek „walczącego pióra” musi mieć trochę tej bezczelności, momentami frustrującej kogoś kto wymaga roboty od szablonu…

Zamiast bieżących spraw, wolę pozwolić sobie na wzbudzanie w Tobie niepokoju. Mam kilku pismaków, których czytam, mimo iż strasznie mnie denerwują. Też jestem takim dla Ciebie? Też czytasz, ale pierwszy podstawisz mi nogę, gdy będziesz miał okazję?

Myślę o czymś nieco grubszym na papier, póki co nadal tylko myślę, bo czas nie pozwala mi zaplanować urlopu, który z kolei pozwoli napisać coś porządnego.

Prawdopodobne, że nie trafię w Twój gust. Każdego jara coś innego. Znacie to, gdy Wasz znajomy kupi nową płytę swojego (!) ulubionego artysty i włącza Ci siedmiominutowy kawałek na cały regulator, a Ty nie wiesz, czy masz uśmiechać się przez grzeczność, czy jednak – zgodnie z sobą – pocisnąć adapter z laczka… Ja jestem tym znajomym, włączam Ci swoją płytę, może z nieco innej bajki niż Twoja. Przyznasz jednak, że raz na kilka sucharów jakiś wejdzie tak, że nie możesz się od niego oderwać…

I niech to pozostanie jako puenta. Skoro tu dotrwałeś, ufasz że jeszcze opowiem Ci coś ciekawego…

Dopiłem kawę. Skończmy dialogiem z filmu „Braveheart”:

(…) – Piękna mowa. I co teraz…?

– Bądźcie sobą…

– A ty dokąd?

– Jadę wszcząć bójkę

Bo my jesteśmy od bójek, chociażby wewnętrznych, a nie od głupiego paplania o niczym. Owocnego dnia!

ŁG