LISTY CZYTELNIKÓW: Trenerzy personalni, a „to, o co walczyliśmy”.

Witaj „DL”! Jestem Twoim wieloletnim czytelnikiem, zarówno bloga jak i papierowej serii zinów, których miałem przyjemność mieć prenumeratę. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że w większości Twoich publikacji w kwestii światopoglądowej i stylu życia jestem z Tobą zgodny. Ale nie ma sensu o tym, bo byłoby nudno… Chciałem poruszyć jeden temat, który okazjonalnie przewija się w tekstach, względem którego mam odmienne zdanie i chciałbym przedstawić Ci mój punkt widzenia. Chodzi o przewijającą się na blogu szyderę z „trenerów personalnych”, którą dosyć często podkreślasz, dodając zabawne ironiczne porównania. O ile zgodzę się, że wysyp różnej maści karierowiczów i pseudo znawców chcących nauczać wszystkich, samemu reprezentując swoją osobą niezbyt wiele budzi irytację i wkurwienie, to paradoksalnie całe zjawisko w szerszym spojrzeniu ma charakter pozytywny!

Nie da się nie zauważyć, że od kilku lat mamy modę na bycie „fit”, bycie „sportowym świrem”, czy innym wariatem przerzucającym tony żelastwa na pakerni lub zdzierającym kolejne rękawice na salach treningowych. Należy postawić sobie tu pytanie, czy nie tego chcieliśmy?

JAKO KIBICE wychowując młodych w duchu sportu, głównie zachęcając do treningów sportów walki (sam się na to złapałem w wieku 19 lat i zostało do dziś – mam 31), co przyczyniło się na wiele pozytywnych przemian w świecie kibicowskim.

JAKO NACJONALIŚCI – odciągnąć przeciętnego Kowalskiego od durnowatego serialu i zachęcić do zamienienia pilota od TV na karnet na siłkę, a siaty browarów na zestaw supli? Czy na jakąkolwiek inną aktywność… Stworzyć zdrowe pełne wartości społeczeństwo, i przede wszystkim odciągnąć je od nałogów, stresów dnia codziennego (sport jest świetnym antydepresantem), odciągnąć od internetu.

Bez względu na to czy wszystkim się to podoba czy nie – jest to zmiana pozytywna, bo jeszcze z 10 lat temu w modzie było wypicie jak najwięcej wódy i przywalenie w nocha z ziomkami na melanżu, dziś bardziej imponuje przywalenie w nocha, ale na treningu sportów walki na sparingach dłużej trenującemu koledze, czy wyciśnięcie rekordowego dla nas ciężaru na klatę.

Wiadomo wraz za tą modą pojawiło się wielu trenerów, którzy bardziej bądź mniej udolnie starają się „motywować”, dawać „przykład” swoimi dokonaniami treningowymi bądź współpracą z podopiecznymi, robiąc na tym niekiedy niezłą kasę. Jednakże warto pomyśleć, że być może istnieją ludzie, którzy „łykają” treści motywacyjne z blogów trenerów i jarają się nimi, co pozwoli im ruszyć dupsko od telewizora bądź odpuścić piątkowy melanż na rzecz treningu. Możliwe, że pewnego „informatyka” po 9 godzinach pracy przed kompem zainspiruje motywacyjny mem z ciekawą sentencją lub obcisłe legginsy na dupę do wyjścia na trening. Jeżeli tak? Kurwa, szacun jeżeli poskutkowało, nie nam to oceniać, ważne że do kogoś to trafiło, pomimo że nam może wydawać się to chujowe. Osobiście dla mnie bardziej niż wymienione „argumenty” w kwestii motywacji przemawia np. seria „trenuj z Dziadkiem Mrozem”, którą wrzucałeś niejednokrotnie.

Tak czy inaczej pamiętajmy, że taki trener nie okrada nam społeczeństwa, nie zasiewa Polski islamem, czy odciąga od wartości katolickich. Jeżeli ktoś chce mu za jego pracę płacić niech robi to co robi, a jeżeli 90% treści w internecie w jego wykonaniu wydaje się nam zjebanych, nie musimy tego oglądać. Jednakże pamiętajmy, że może być kilka osób, które uznają, że jest to zajebiste i uda im się dzięki temu zmotywować do np. zerwania z nałogiem. Jeżeli taki trener będzie pozerem to ludzie prędzej, czy później go zweryfikują i zakończy swoją „działalność”. Jednakże zapewne wiele osób znajdzie motywacje w treningu, gdy ktoś stoi nad nim i pilnuje żeby się nie opierdalał.

Pamiętam czasy i redakcja zapewne też, gdy w szkole było więcej dilerów niż wuefista posiadał piłek w magazynku sali gimnastycznej i niewątpliwie taka „moda” na sport jest dla mnie zjawiskiem niesamowicie pozytywnym, mimo wielu absurdów niekiedy się z tym łączących. Polecę teraz grubo, ale zabawnie, cieszę się wręcz, że dziś liczba trenerów przewyższyła już chyba… liczbę dilerów.

Być może uznasz, że trochę zrobiłem z tego igły widły, bądź źle zinterpretowałem Twój docelowy przekaz, ale jakoś siedziało to we mnie od dawna.

Z Legijnym pozdrowieniem!

KLN

Witam stałego czytelnika!

Postawiłeś pytanie „czy nie tego chcieliśmy”. Owszem, był taki przekaz. Mało tego – gdybyś spytał, czy wolę modę na listek gandzi, czy na bycie „sportowym świrem” – wiesz co wybiorę. Kiedyś nawet jarałem się z jakimś czytelnikiem, że w Serbii to nawet kobiety w dresikach biegają…, czaisz, to było jeszcze niepopularne w Polsce – trudno dziś wyobrazić sobie miejski krajobraz bez biegaczy.

Fakt, podśmiechuję się, może za dużo, ale to tylko dlatego, że – nie wiem jak inni – nigdy nie miałem przed oczami wizji, w której chodzi o promocję „bycia fit” w sensie „bycia naj” bez równoległego rozwoju moralnego (i nie mam tu na myśli nawet katolicyzmu, a pewien zdrowy rozsądek). Fajnie ujęła to całym swoim wywiadem mistrzyni Polski w tajskim boksie – Gabriela Kuzawińska (z Warszawy zresztą), chodzi o książkę „Kobiety, które walczą” (2017).

Te wszystkie różowe rajtuzy jako starter…

Też się „na to” (sportową zajawkę) kiedyś złapałem (chociaż wtedy to my ją chyba współ-kreowaliśmy…), sport wyprowadził mnie z szamba i nadal go promuję, a nawet mam własną sekcję i punkt widzenia jak mówił klasyk. Mam jednak tak, że nie lubię głupoty, a więc podśmiewam się z niej. Całkiem coś innego, gdy trenujący ma też jakieś refleksje, inne cele, niekoniecznie kibicowsko-nacjonalistyczne, zainteresowania, wierzenia, „trochę zdrowego rozsądku w tym fanatyzmie”, a co innego, gdy „rozwija się dla samego rozwoju”. Jest etap w życiu, gdy rozwijasz się dla samego rozwoju, bo właśnie tego potrzebujesz, ale on minie – jak każda emocja potrzebna nam tu i teraz. I co wtedy? Skoro udało nam się wywalczyć modę na sport, to… walczmy dalej (równajmy w górę, kto się nie rozwija stoi w miejscu!) – o to by ten sport stał się codziennością, a nie celem samym w sobie, po to by szpanować i ubóstwiać (!) go. Zlewaliśmy wszystko dla wódy, a teraz zlewamy wszystko dla pudełka z ryżem – raczej o tym pisałem (i felietonistka „DL” – Klara, też).

Piszesz, że celem było stworzyć zdrowe i pełne wartości społeczeństwo. No właśnie, stary (skoro stary czytelnik, to chyba mogę tak pisać? :-), podśmiechuję się, bo często rzuca mi się w oczy, że co to za zdrowie (sam trenuję sportowców wyczynowych i np. celem treningu wytrzymałościowego jest, że chce im się rzygać – wtedy zrobili dobry trening, ale czy zdrowy?), czy suplo-chemia i niektóre sposoby (!) na zrzucanie wagi to nie nowe klapki na oczy? Wreszcie co to za wartości, gdy nacjonalista ćwiczy dla wyglądu i dla panien? To bardziej przypomina cele Backstreet Boys niż żołnierzy idei, mimo że są groźni. Kiedy jednak robią to dla lasek na fejsie, a kiedy dla idei? Kiedyś ćwiczyliśmy dla idei, bo co tydzień snuliśmy się po mieście niczym prawicowa Mechaniczna Pomarańcza w poszukiwaniu konkretnych obiektów treningowych. Wychodziło lepiej, gorzej, ale cel był jasny. Dziś ćwiczę dla idei, ale wychowywania młodzieży i dla pieniędzy. Jestem przynajmniej ze sobą szczery…

Kurcze, wiesz, mimo wszystko nie piszę z pozycji wyższościowych – moje pisanie to często autorefleksja, samokrytyka, nie myśl, że jestem wolny od tego, co krytykuję. Krytykuję, bo zauważam też w sobie, chyba zawsze marudzenie się od tego zaczyna, to taka obrona. Też się lubię chwalić, pieprzyć pseudo mądrości w stylu mistrza Yody.

Czy Polska zyska na modzie na sport zamiast mody na ćpanie? Zapewne! Ale warto zwrócić uwagę na pojawiające się zagrożenia, w każdym postępie (!) będą nowe. Pewnie oglądałeś „Botox” Vegi (2017) i pamiętasz prostą postać koksika wpieprzającego ryż i mającego w dupie wszystko prócz swojej siłowni. Postać przesadzona w przesadzonym filmie, ale właśnie takiego czegoś się obawiam. Zamiast armii wyrzeźbionych nacjonalistów – armii wyrzeźbionych fit-egoistów. Nie musi być tak źle – i nie jest, ale pisać zawsze warto, taka moja misja (czasem przesadzić, tak jak Vega przesadził).

Co do samej kasy z treningu to nie mam o nią pretensji. Moim zdaniem kasa należy się każdemu kto dobrze i uczciwie wykonuje swoją pracę, od siebie dodaję do tego, by była ona moralnie dobra dla Polaków, bo kocham ten kraj i chcę dobrze, nawet dla ćpuna i nieroba. Nie lubię gdy ktoś oszukuje – że dragi to fajna ucieczka, że opłaca mi się wziąć kredyt w banku, bo mają specjalnie dla mnie super promocję… Że właściwie nigdy niczego długo nie robiłem, ale nauczę Cię biegać po ścianach, robić salta… wszystko! To Ty wybierasz czego, płacisz, a ja Cię tego nauczę – są filmiki na You Tube. Mało dziś prawdziwych pasjonatów…

Śmieję się też, bo moda na fit stworzyła pewien typ karykatury, idealnie ubranej i kreującej się, która z boku wygląda po prostu zabawnie (tu znów odsyłam do wywiadu z Gabrielą Kuzawińską). Przykład encyklopedyczny – przychodzi na salę wielki grubas w koszulce „Oktagon” i dostaje od dwunastoletniego chłopca po głowie. Klasyczne pomylenie priorytetów ciuszki-staż.

Przyznaję Ci jednak rację, że często podobne osoby zrobią dobrą robotę i mogą kogoś wyciągnąć – fakt i dlatego generalnie masz być może więcej racji niż ja… Skłania mnie to do refleksji żeby robić swoje i nie brnąć dalej w podśmiechujki, więc dzięki za maila.

Jak każdy grzesznik mam tendencję do przypierdzielania się od czasu do czasu, ale na szczęście mam Was i jak zaczynam za dużo głupot gadać to mnie ktoś zawsze delikatnie (tych niedelikatnych raczej nie słucham, przekornie, bo gnój nie powinien gnoja pouczać) sprowadzi na ziemię.

Ale Wam się rozpisało! Piszcie, piszcie… Dobrego!

Be straight!

ŁG