23.02.18 Zapomniałem o ludziach z dupy – sarnach…

Dawno nie dzieliłem się z Wami czymś na zasadzie „przygody z dupy”. Zresztą dupa będzie tu częstszym słowem, bowiem wybrałem się, powiedzmy służbowo, w daleką drogę z „dziewczyną z dupy”, a więc z dziewczyną z absolutnie żadnego klimatu. Leming? Prędzej ameba zlewowa. Nabyta wygoda nakazała mi jednak wybrać tę samochodową okazję, zamiast wleczenia się pociągiem, który w zimę „może przyjedzie teraz, a może trochę później, czasem wcale” – znamy te historie… No więc jedziemy sobie na drugi koniec naszego pięknego kraju. Nagle wybiegła nam na jezdnię sarna. Dziewczyna zwolniła, ogólnie nie jechaliśmy zbyt szybko, zwierze tylko otarło się o przód. Spojrzałem na sarnę z pozycji pasażera, popatrzyła mi w oczy z wyrazem twarzy mówiącym: „ale na chuj mi przerywasz sprint?” i pobiegła dalej. Blada kobieta jeszcze bardziej zbladła, ale pojechała dalej, bo droga była wąska, z rowami po bokach i zrobilibyśmy korek. Zajechała na najbliższą dróżkę, niecały kilometr dalej…

Wyszła i spostrzegła, że wgniecenie jest wprawdzie symboliczne, ale za to nie ma przedniej rejestracji i ona… nie wie czy może dalej jechać. Jak z kiepskiego filmu, najpierw ma twarz wyraziła pewne zszokowanie, by wybuchnąć naciąganym „ha, ha, ha – żartujesz chyba”. Niestety nie żartowała… Cofnęliśmy się, ale rejestracji nie było – ciemno jak w dupie, 21:30, wieś z jednym domkiem oddalonym o kilkaset metrów, nie będziemy teraz szukać po ciemku, tym bardziej, że nie ma żadnych śladów gwałtownego hamowania, czy rozbicia (bo owe po prostu nie nastąpiły), pełno tu krzaków, w których blacha może leżeć.

„Ona dzwoni do mamy” (kobieta około trzydziestki!) – rzekła stanowczo. Nakręcała się z tą mamą długimi minutami, że stała się katastrofa, ale to nie był koniec. Zadzwoniła na psy, krzycząc, że nie wie gdzie jest i nie wie co robić (moje argumenty, żeby olać i jechać dalej, były dla niej chyba zbyt proste…). Policja, mama… No dobrze – to co teraz koleżanko, może jednak pojedźmy…? Po co ci policja, chcesz czekać trzy godziny i potem spisywać jakieś gówna kolejne trzy, za karę że musieli przyjechać do tak błahego przypadku? Gdzie tam! „Wiem Łukasz! Zadzwonię do wujka Staszka, on jest strażakiem i miał do czynienia z policją!”. Teraz już całkiem szczerze tarzam się ze śmiechu na środku pola. Wujek Staszek jest strażakiem i nam pomoże, kurwa jego mać!

Staliśmy już pół godziny w mrozie, a ona nie mogła się otrząsnąć i wytłumaczyć mi czego w zasadzie oczekuje. Ciągle dzwoniła do mamy, olewając mnie, więc się w końcu wkurwiłem i wyrwałem jej ten telefon. Gadam z tą matką, przekonałem ją, ale ona mówi – no dobrze, to jedźcie, ale postójcie jeszcze trochę w tym polu, poczekajcie. Spytałem na co mamy czekać. W sumie to nie wie… Mało tego, oddzwoniły na jej numer psy (już jechała i odebrałem), że musimy szukać sarny, bo może biedna cierpi gdzieś w lasach. Nawet oni robili sobie jaja… Nie dziwię się.

Była to opowieść o tym, że nie ma to jak się poruszać ze sprawdzonym bratem-najlepiej kibolem, który rok za rokiem uczy się rozwiązywać ekstremalne sytuacje, wchodzić wszędzie i jeździć wszędzie wszelkimi sposobami. Po latach znajomości z takimi pięknymi ludźmi autentycznie zapomniałem, że dla kogoś może być problemem pieprzona rejestracja i stanie się nie bandytą, lecz poszkodowanym… My, kibice, jechalibyśmy nawet jak Flinstonowie – biegnąc girami po asfalcie.

Po robocie 500 km od domu poszedłem do pizzerii („ona miała kanapki!”), by następnie z kartonu po pizzy i markera zrobić jej rejestrację (z flagą Polski, nie unijnymi gwiazdkami, a kysz!), którą zamieściliśmy za szybą na drogę powrotną – chciałem, by skończyła pieprzyć bzdury. „I tak stracę prawo jazdy, z moim szczęściem, zobaczysz!” – gadała. I tak przez 500 kilometrów niemożliwa wręcz kupa w gaciach…

Ratunku! Nigdy więcej tak daleko z „ludźmi z dupy”!

ŁG

PS: Po prostu szanuj swoje…