Droga Legionisty

LISTY CZYTELNIKÓW: Nie tacy źli…

Przez długi czas zastanawiałam się czy napisać tę wiadomość.  W dalszym ciągu nie wiem czy to dobry pomysł, ale chyba nic mi nie szkodzi. Otóż chcę napisać o stereotypach na temat kibiców (a właściwie kiboli, bo ci wzorowi kibice, chodzący raz na kilka lat na mecze reprezentacji kraju, z czerwonymi wuwuzelami i wymalowanymi w polskich barwach policzkami się tu nie wliczają), które jeszcze kilka lat temu bez namysłu przyjmowałam do świadomości jako niepodważalną prawdę. Do czasu… X lat temu poznałam drogą internetową pewnego chłopaka. Był (i do tej pory jest) kibicem warszawskiej Legii. Zanim spotkaliśmy się w realnym świecie minęło sporo czasu, ponieważ świat kibicowski w pewnym stopniu mnie przerażał. Byłam w tej kwestii całkowicie zielona, choć nawet dziś nie wiem o tym zagadnieniu zbyt wiele. Jednego dowiedziałam się na pewno – tego, że kibice lokalnych klubów piłkarskich niekoniecznie muszą wywodzić się ze środowiska mniej lub bardziej patologicznego.

Dodam, że w omawianych tu czasach moim głównym źródłem informacji o bieżących wydarzeniach były „Fakty” TVN-u. Nawet w szkole (liceum), w której większość osób miała poglądy raczej lewicowo-liberalne (takie przynajmniej odnosiłam wrażenie), dostawaliśmy na lekcjach WOS-u „Gazetę Wyborczą” prezentującą jakie anormalne środowisko tworzą polscy nacjonaliści.

Pisząc sobie więc z niedawno poznanym Y (nie będę podawać imienia) przez komunikator internetowy czułam się w miarę anonimowo i co się z tym wiąże – bezpiecznie. Dlaczego z nim pisałam, mimo iż miałam napakowane do głowy, że kibole są ludźmi zdegenerowanymi, którzy bez powodu, w każdej chwili mogą innym wyrządzić krzywdę? Myślę, że była to czysta ciekawość i późniejsze zaskoczenie, z którym miałam do czynienia coraz więcej z każdym dniem znajomości. Przede wszystkim zaskoczyły mnie racjonalność i logiczne argumenty, które przytaczał Y. Nie było to pranie mózgu, a raczej sytuacja odwrotna – jego oczyszczanie z absurdów. Zobaczyłam jak wiele niedorzeczności, które bez zastanowienia łykałam jako coś normalnego i właściwego, mnie otacza.

Po pewnym okresie internetowej znajomości postanowiłam spotkać się ze starszym ode mnie o kilka lat Y. Mówiłam sobie, że po pierwsze spotkamy się w miejscu publicznym, więc nic mi nie grozi, a po drugie to on będzie w obcym mieście (a nawet województwie), a nie ja. I tak mijał czas, spotykaliśmy się dosyć często, mimo sporej odległości, która nas dzieliła. Dalej też utwierdzałam się w przekonaniu, że ów kibol, do którego jeszcze kilka miesięcy temu nie byłam całkowicie przekonana, jest porządnym człowiekiem, a środowisko kibicowskie nie maluje się jedynie w czarnych barwach. Po roku spotykania się zamieszkaliśmy razem, a po kolejnych trzech latach wzięliśmy ślub, którego w tym roku obchodzić będziemy drugą rocznicę. I po tych wspólnie spędzonych latach nadal uważam, że Y jest przyzwoitym człowiekiem, z którym mam nadzieję spędzić resztę życia.

A.

PS: Dodam jeszcze (chociaż można to wywnioskować samemu), że to właśnie dzięki niemu poznałam stronę DL, na którą w ostatnich miesiącach często zaglądam, z uwagi na dosyć ciekawe treści i częściowo podobne zapatrywania na niektóre sprawy. Na marginesie dodam, że Y również pisał do Ciebie maile, które zdarzyło Ci się publikować na stronie. Ja jednak pomijam niektóre tematy, np. czysto sportowe :), więc sądzę, że jestem dość specyficznym, wybiórczym czytelnikiem.

Komentarz redakcji:

Nic nowego. Kobiety – kochajcie kiboli! A Wam życzę wszystkiego dobrego!

ŁG